ZAKOPANE,SŁOWACJA,WISŁA

Wiślańska cisza...
Widok na Beskidy i Wisłę ze szczytu Góry Skolnity.


Do dziś z ogromnym sentymentem wracam do Wisły, gdzie dwa lata temu spędziłem wakacje. Pamiętam, że na samym początku swojego pobytu byłem zrezygnowany. Brakowało mi Krupówek (śmiech). Dopiero po drugim dniu zacząłem dostrzegać piękno tego miasta. Myślami często wracam do chwil. kiedy wsłuchiwałem się w ciszę. No tak, jak można słuchać czegoś czego nie ma. Jednak można. Zazwyczaj około 23 wychodziłem na balkon. Dookoła mnie las, kilka domów, góry. W oddali było widać światła miasta. Na niebie tysiące pięknych gwiazd. W mieście takiego widoku nie zobaczymy. Moją błogą ciszę czasami przerywał hałas przejeżdżającego kilometr dalej tira lub pociągu. W górach niesie się echo, dlatego z tak dużej odległości było słychać samochody. Wokół pensjonatu była totalna ciemność. Co prawda przy ulicy świeciły się światła, ale były za słabe i za daleko od siebie oddalone. Ta cisza uświadomiła mi, że tak naprawdę raj jest tutaj, na łonie natury w przepięknym otoczeniu gór. Już nie ciągnie mnie do wielkich miast. Swój raj znajduje wszędzie tam gdzie jestem blisko przyrody.

Kiedy wstawałem rano czułem rześkie powietrze. Mimo niewyspania było mi dobrze, bo nic tak nie stawia na nogi, jak budzące się do życia Beskidy. Na ulicy nie było nikogo, a w pensjonacie wszyscy spali. Po cichu wychodziłem z domu i udawałem się w kierunku dworca. Czasami pod domem widziałem sarny. Po ulicy biegały kury, czasami zapiał kogut. Na polach jeszcze nie było krów, ani owiec. W ciszy i skupieniu szedłem przed siebie codziennie dostrzegając coś wyjątkowego. Cały czas było cicho. Nawet nikt nie zatrąbił. Nawet dworzec z rana był opustoszały. Dopiero w południe ludzie budzili się do życia. Oni przesypiali najpiękniejsze momenty. Nie odczuli tak jak ja tej cichej pięknej nocy i spokojnego poranka. Wisła jest idealnym miejscem na wakacje, jeśli chce się odpocząć od huku i tłoku.

Podczas wakacji pogoda była słoneczna. Tylko trzy razy w przeciągu 15 dni spadł przelotny deszcz z burzą. Wtedy robiło się tak rześko mimo, że temperatura nadal była wysoka. Pamiętajcie, że najlepiej wypoczywa się wszędzie tam gdzie jest cisza. W Wiśle jej nie brakuje. Po przeczytaniu tego tekstu pewnie myślicie, że tutaj musi być strasznie nudno. Otóż nie. Atrakcji jest sporo, jest gdzie się bawić. Po prostu każdy szuka czegoś wyjątkowego. Ja dostrzegłem ciszę, której nigdy dotąd nie słyszałem. Wisła na zawsze zapadnie w mej pamięci właśnie przez te wszystkie przeżyte spokojne noce. Przyjedźcie tutaj i sami się przekonajcie o wyjątkowości tego miejsca. Od moich wakacji Beskidy widziałem tylko przejazdem do Czech. Kiedyś na pewno tutaj jeszcze wrócę...


Wycieczka na Słowację - lipiec 2017.
Zamek w Starej Lubovnej
W minioną sobotę wybrałem się z rodziną na Słowację. Pierwszym punktem naszej wycieczki był zamek i muzeum etnograficzne w Starej Lubovnej. Samochód postawiliśmy na parkingu obok osady średniowiecznej. Na wstępie przywitała nas koza, która przyszła sprawdzić, czy mamy coś dobrego do jedzenia. Do zamku musieliśmy dojść jakieś 500 metrów pod górę. Jednak widoki wynagrodziły ten trud. Z zamku można zobaczyć panoramę Starej Lubovni jak i przepiękne góry. Za chmurami chowały się Wysokie Tatry. Mimo wszystko udało mi się dostrzec ich szczyt. Zawsze mam takiego pecha, że jak pojadę w góry to zazwyczaj są one za chmurami. Na szczęście niższe góry pokazały przede mną swoje piękno. Na zwiedzanie zamku się jednak nie zdecydowałem. Bilet jednorazowego wstępu kosztował 5 euro. Stwierdziłem, że skoro siostra i tata idą na zamek, to ja z mamą i ciotką pójdziemy do muzeum etnograficznego. Tutaj bilet był tańszy - 2 euro od osoby. Muzeum jest zdecydowanie mniejsze od tego w Tokarni koło Kielc, ale jest bardzo urokliwe. Można tutaj zobaczyć kilka starych domów, w których kiedyś mieszkali ludzie ziemi Spiskiej.


Muzeum składa się z 16 budowli takich jak: 
-Cerkiew greckokatolicka z Matysowej
-Dom mieszkalny ze wsi Wielki Lipnik z 1922 r. 
-Sezonowe budynki polaniarskie z Litmanowej 
-Sypaniec z Wielkiej Lesnej 
-Dom rolnika - wójta gminy Wielka Lesna 
-Dom pasterza z Litmanowej 
-Zagroda chłopska z Udola 
-Dom rodzinny z Udola 
-Stolarnia
-Dom z Jarabiny
-Dom mieszkalny z Jakubian 
-Belki stropowe w izbach 
-Dom mieszkalny z Kremnej 
-Zagroda z Kamienki 
-Kuźnia
-Młyn z Sulina 

Domki charakteryzują się tym, że były malowane na niebiesko, oraz do drzwi wejściowych zawsze prowadziły schodki. Wszystkie pomieszczenia były umeblowane. Fotografowanie eksponatów nie jest zabronione. Jedynie prosi się o nie używanie lampy błyskowej. W zagrodzie możecie zobaczyć kury, kaczki, kozy, owce, konia, kucyka i krowę. Muzeum jak i zamek są chętnie odwiedzane przez turystów z Polski.

Muzeum etnograficzne w Starej Lubovnej


Centrum Starej Lubovnej nie znajdziecie ciekawych zabytków jak i atrakcji. To senne miasto w sobotę zamiera.

Około godziny 13:00 udaliśmy się w dalszą podróż. Kolejnym punktem na naszej trasie był Preszów - trzecie co do wielkości miasto na Słowacji. Przez całą naszą podróż towarzyszyły nam góry, łąki, lasy. Średnio co 5 km pojawiała się niewielka wioska. Życie na wsi totalnie zamarło. Spotkanie z człowiekiem graniczyło tutaj z cudem. Sporo mijających nas samochodów miało polskie rejestracje. Korzystając z pustych ulic nasi rodacy wcisnęli gaz do dechy, co się potem kończyło mandatem. My na szczęście nie przekroczyliśmy dopuszczalnej prędkości. Zresztą droga na to nie pozwalała - łata na łacie.

Po godzinnej podróży dotarliśmy do Preszowa. Przywitał nas deszcz, który na szczęście szybko ustał. Samochód zaparkowaliśmy obok cmentarza. W sobotę za postój się nie płaci. Pani sprzedająca kwiaty wskazała nam drogę do centrum. Na deptak dotarliśmy bez problemu po około 5 minutach. Zobaczyliśmy rząd niskich, ale jakże urokliwych kamienic. Po środku znajdował się kościół i inne zabudowania. Wolną przestrzeń przeznaczono na skwer. Po ruchliwej części deptaka jeździły autobusy i trolejbusy. Szczerze mówiąc to trochę dziwnie się tam czuliśmy. Może dlatego, że na ulicach nie było ludzi? Mieliśmy wrażenie, że sami jesteśmy na deptaku. U nas takich widoków raczej nie zobaczycie. Sklepy były zamknięte. Jedynie cukiernie i restauracje były czynne do wieczora. W połowie spaceru skręciliśmy w ulicę Florianową. Mieszczą się tutaj liczne kawiarnie. Stwierdziliśmy, że na deptak wrócimy okrężną drogą. Nie był to dobry pomysł, gdyż budynki raczej odstraszały, niż przykuwały uwagę. Tak naprawdę deptak jest jedyną reprezentacyjną ulicą miasta. Poza nim w Preszowie nie ma co oglądać. Na koniec dodam, że styl zabudowy deptaka przypomina ten z Koszyc. Obiad zjedliśmy przy deptaku w pizzerii na rogu. Można zjeść tam również pierogi, gulasz, placki ziemniaczane, makarony. Ceny zaczynają się od 3,60 euro. Z parkingu wyjechaliśmy około godziny 16:30.

Deptak w Preszowie
Przed 17:00 byliśmy już w Sabinowie. W tym małym miasteczku nie ma co zwiedzać, dlatego poszliśmy na zakupy do Kauflandu i do cyrku. Ceny żywności na Słowacji są zdecydowanie wyższe niż u nas. Za kilogram bananów trzeba zapłacić nieco ponad 10 zł na promocji, a bez niej około 14 zł. Tańsze były batony marki Orion i wody mineralne. Z Sabinowa udaliśmy się w stronę granicy, a następnie do domu.

Tak się zastanawiam dlaczego Słowacy nie wychodzą z domu. Dla mnie to jest nie zrozumiałe, że przy ładnej pogodzie ludzie zamykają się w czterech ścianach. Czy oni nie czują potrzeby rozerwania się itd? Na dłuższą metę ja bym tam się zwyczajnie wykończył.

Zakopane - tu mógłbym mieszkać.

Widok na Tatry z Gubałówki.
Tak wiem, że jeszcze trzy lata temu miałem mniej kilogramów. Trochę sobie pozwoliłem i dlatego dziś wyglądam nieco inaczej niż kiedyś. Obiecuję, że wrócę do swojej dawnej sylwetki. Ponieważ innego zdjęcia z Zakopanego nie mam to wrzuciłem archiwalne. Zresztą nie o tym ma być ten post. Jeszcze kilka lat temu chciałem mieszkać w wielkim mieście. Wydawało mi się, że Warszawa jest idealnym miejscem do życia. Kochałem gwar, tłok, pośpiech, miejską dżunglę itd. Po jakimś czasie wszystko mi się odwidziało. Prawdopodobnie to efekt starzenia się. Dziś nie wyobrażam sobie tego, bym mieszkał w metropolii. Dziś mieszkam w mieście wojewódzkim, a liczba ludności nie przekracza 200 tysięcy osób. Choć kocham moje miasto, mój region, to jednak są takie miejsca w Polsce, gdzie mógłbym osiąść na stałe. Jednym z nich jest Zakopane.

Stolica polskich tatr to wyjątkowe miejsce na mapie naszego kraju. Niby jest tu tłoczno, ale nie ma miejskiego zgiełku. Tutaj nikt się nigdzie nie spieszy. Każdy idzie swoim tempem szukając właściwej drogi. Dodatkowym atutem są góry, które kocham. Mógłbym się patrzyć w nie nocami i dniami. Góry uspokajają, góry dają siłę do życia i pozwalają podejmować ostateczne decyzje. Zakopane kocham za chaos, za nieład architektoniczny, za atrakcje, za Krupówki, za potoki, za kulturę, za tradycje, za przyrodę, za tandetę. Zawsze miło wspominam to miasto. Obiecałem sobie, że za rok wrócę na Podhale. Póki co odkrywam nowe miejsca, na które wcześniej nie miałem czasu.

Zakopane to także ludzie. Do dziś miło wspominam personel restauracji "Mała Szwajcaria" przy ulicy Zamojskiego. Jadłem tam prawie codziennie. Dziewczyny się biły o to przy, którym stoliku usiądę. To nic, że często brakowało miejsc. Miłe było czuć się ważnym. Ciekawe czy dziś by mnie pamiętały. Na pewno ja z sentymentem wspominam dania jakie serwowały. Oprócz naleśników smakowało mi tam wszystko. Nie zapomnę barszczu zabielanego. Jadłem go pierwszy i jak na razie ostatni raz. Tak soczystego arbuza tylko tam skonsumowałem. Restauracja w stylu typowo góralskim przyciąga także wystrojem. Mieszkańcy miasta co niedziela spotykają się tam na obiedzie. To jedno z nielicznych miejsc gdzie nie ma frytury.

W najbliższym czasie spodziewajcie się kolejnych tekstów o Zakopanem. O tym mieście mógłbym pisać w nieskończoność. Niestety pech chciał, że gdzieś zgubiłem zdjęcia. Zostały mi tylko te z Facebooka i wspomnienia :)