10 listopada 2019

Podsumowanie sezonu 2019.

Szczawnica - na szczycie Palenicy - wrzesień 2019. Fot: Łukasz J. 
Zimne i krótkie dni przyszły tak szybko, że czas udać się na zimowy odpoczynek. Ten sezon nie był dla nas łaskawy. Pogoda pokrzyżowała wiele naszych wypraw. Ponadto mój stan zdrowia nie pozwolił mi na zbyt częste wyjazdy. Mam nadzieję, że kolejny sezon będzie nam sprzyjał. Plany już są, teraz pozostało już tylko czekać do wiosny. Jednak zanim wybierzemy się w kolejną podróż, czas podsumować wszystkie tegoroczne wycieczki. Tradycyjnie zrobiliśmy setki tysięcy kilometrów pokonując Polskie, Czeskie, Słowackie i Węgierskie drogi. Każda wyprawa była dla nas inspiracją. Tych wspomnień nie zabierze nam nam nikt. Na zawsze pozostaną w naszej pamięci. Nie zapomnieliśmy również o zdjęciach, które przypominać nam będą chwilę spędzone w niżej wymienionych miejscach.

Tradycyjnie zrobiłem szczegółowe podsumowanie. 

Sezon 2019 - Cyrk. 
W tym roku nie udało nam się pobić ubiegłorocznego rekordu. Wówczas odwiedziliśmy 15 cyrków, oglądając 16 spektakli. W tym roku odwiedziliśmy 8 cyrków co dało nam łącznie 10 obejrzanych spektakli. Ponadto widzieliśmy jeden cyrk, do którego nie poszliśmy na spektakl. Czas spektaklu pokrywał się z innym cyrkiem. Łącznie stworzyliśmy 11 galerii zdjęć.  

W tym roku obejrzeliśmy spektakle polskich, czeskich i słowackich cyrków:
Polska: Arena x2, Wictoria x2, Zalewski, Tramp (zimowy cyrk na scenie) 
Czechy: Narodni Cirkus Oryginal Berousek, Bernes, Humberto, Simek  
Słowacja: Ales 

Po raz pierwszy zobaczyliśmy zimowy cyrk na scenie "Tramp", oraz czeski Cirkus Simek. Pozostałe cyrki są nam dobrze znane, 

Sezon 2019 - ZOO. 
Tak jak i w cyrku, tak i w ZOO nie pobiliśmy własnego rekordu. W ubiegłym roku odwiedziliśmy 12 ogrodów zoologicznych z trzech krajów - Polski, Czech i Węgier. W tym sezonie byliśmy w 9 ogrodach zoologicznych co dało nam łącznie 11 wizyt. Stworzyliśmy 11 galerii zdjęć. 

W tym roku zobaczyliśmy Polskie, Czeskie i Słowackie ogrody zoologiczne: 
Polska: Leśne Zacisze x3, Kraków, Chorzów, Łódź, Warszawa
Czechy: Ostrawa
Słowacja: Koszyce, Bojnice, Spiska Nova Ves. 

W tym roku po raz pierwszy zobaczyliśmy ZOO w Koszycach, Spiskiej Novej Wsi oraz w Bojnicach. Do Łódzkiego ZOO wróciłem po 7 letniej przerwie, natomiast do warszawskiego po 3 letniej przerwie. W pozostałych placówkach bywamy regularnie. 

Sezon 2019 - Lunaparki. 
W ubiegłym roku odwiedziliśmy 7 lunaparków, tworząc 8 galerii. W tym roku nie byliśmy w żadnym objazdowym wesołym miasteczku. Do Kielc przyjechały dwa czeskie przedsiębiorstwa. Eurolunapark jest nam jak i Wam dobrze znany. Nic się tam nie zmieniło, dlatego szkoda było pisać relację oraz robić zdjęcia. Drugi lunapark przyjechał pod koniec września. Jego oferta była słaba. Na trasie widziałem niewielki lunapark w słowackim Preszowie. 

Sezon 2019 - Turystyka (wycieczki). 
Tutaj też się nie popisaliśmy. Rok temu wybraliśmy się w podróż do 34 miast Polski, Czech, Słowacji i Węgier. W tym sezonie kraje pozostały te same, natomiast póki co byliśmy w 28 miastach. Specjalnie dla Was stworzyliśmy 31 fotogalerii. 

W tym roku zwiedzaliśmy: 
Polska: Warszawa, Radom (spektakl cyrkowy, bez centrum), Końskie ( spektakl cyrkowy bez centrum), Starachowice (spektakl cyrkowy bez centrum), Bodzentyn, Łódź, Piotrków Trybunalski, Częstochowa, Katowice, Kraków, Zakopane, Szczawnica, Jaworki (Wąwóz Homole), Krynica Zdrój.
Czechy: Karvina, Ostrawa, Kunin, Novy Jiczyn, Valasske Mezirici 
Słowacja: Koszyce, Poprad, Lewocza, Spiska Nova Ves, Kezmarok, Bojnice, Bardejov 
Węgry: Budapeszt, Eger 

W galerii pojawią się również zdjęcia z pomorza zachodniego i Niemiec. Autorem fotografii jest moja siostra. Fotki zrobiła podczas wakacji nad morzem. 

W tym roku po raz pierwszy zwiedzałem:
Polska: Krynica Zdrój, Jaworki, Szczawnica, Piotrków Trybunalski 
Czechy: Karvina, Kunin, Valasske Mezirici 
Słowacja: Bojnice, Spiska Nova Ves, Lewocza, Poprad, Kezmarok
Węgry: Eger 

Po kilku latach ponownie wróciliśmy do:
Polska: Warszawa, Łódź, Zakopane, Bodzentyn, Radom, Starachowice, Końskie, Częstochowa. 
Słowacja: Koszyce, Bardejov. 

Regularnie odwiedzamy Kraków, Katowice, Ostrawę, natomiast pozostałe miasta zobaczyliśmy po dłuższej przerwie. 

Przejazdem widzieliśmy następujące miasta: 
Polska: Sulejów, Koniecpol, Zawiercie, Dąbrowa Górnicza, Będzin, Sosnowiec, Tychy, Żory, Pszczyna, Miechów, Słomniki, Myślenice, Nowy Targ, Nowy Sącz, Tarnów, Jasło, Krosno, Dukla, Dąbrowa Tarnowska, Pińczów, Busko Zdrój, Piwniczna Zdrój, Brzesko. Krościenko nad Dunajcem, Mszana Dolna
Czechy: Bohumin 
Słowacja: Trstena, Twardoszyn, Dolny Kubin, Rużomberk, Bańska Bystrzyca, Zvolen, Sahy, Martin, Slovenske Pravno, Nitrianske Pravno, Nedozery Brezany, Prievidza, Preszów, Stara Lubovla, Podoliniec, Spiska Bela. 
Węgry: obrzeża miasta Miskolc.

Sezon 2019 - Miejsca sakralne, Parki Narodowe. 
W tym roku nie udało nam się zobaczyć żadnego Skansenu. Odwiedziliśmy jednak inne ciekawe miejsca takie jak:

Pałace: Kunin 
Zamki: Kezmarok, Bodzentyn
Parki Narodowe: Wąwóz Homole
Szczyty: Miedzianka, Palenica, Gubałówka 
Kolejki: torowa na Gubałówkę. 
Wyciągi: Butorowy Wierch, Palenica 
Rejsy: statkiem po Dunaju 
Miejsca Sakralne: Sanktuarium w Częstochowie, Bazylika św. Stefana w Budapeszcie. 

W tym roku stworzyliśmy łącznie 53 galerie (rok temu było ich 110). Napisaliśmy 36 relacji z wycieczek i spektakli cyrkowych. 

Jak już wspomniałem w tym roku pogoda nie sprzyjała wycieczkom. W marcu było zimno, kwiecień powiał chłodem (w dodatku Wielkanoc wypadała za późno), maj był deszczowy, czerwiec upalny, ale i burzowy, lipiec chłodny, ale stabilny w opadach, sierpień w miarę ciepły i stabilny, wrzesień chłodny z małą ilością opadów, październik ciepły bez opadów.

Z tego miejsca chciałbym również podziękować Łukaszowi za wspólną podróż, sprawną i bezpieczną jazdę, pomoc przy organizacji wycieczek jak i tworzenia tego Bloga. Mam nadzieję, że kolejny rok będzie równie udany i dostarczy nam wieku niezapomnianych wrażeń :) 

Chcielibyśmy również podziękować wszystkim naszym czytelnikom. Z roku na rok pozyskujemy Was coraz więcej. Ten Blog to nasz pamiętnik i album na zdjęcia. Tak naprawdę tworzymy go dla siebie, by od czasu do czasu przypomnieć sobie nasze wojaże. Jednak grzechem byłoby Wam tego wszystkiego nie pokazać. Fajnie, że dla niektórych z Was byliśmy inspiracją do podróży. Nasze motto "co roku odwiedzać jak najwięcej miast, których się nigdy nie widziało" jest nadal aktualne. Mam nadzieję, że za rok nasza galeria będzie bogatsza o kolejne niezwykłe miejsca z kraju i zagranicy. Na ten moment nie planujemy wycieczek, dlatego też życzymy Wam miłego zimowego odpoczynku i do zobaczenia wiosną przyszłego roku :) 

28 października 2019

Relacja z wycieczki do Częstochowy - październik 2019.

Jasna Góra. Fot: Erwin 
Dziś z Łukaszem wybrałem się na wycieczkę do Częstochowy. Podróż pociągiem zajęła nam półtorej godziny. Na miejscu byliśmy około 10:30. Przed dworcem kolejowym widzieliśmy piękny mural namalowany na kamienicy. Brawa dla jego autorów. Później poszliśmy na al. Najświętszej Marii Panny, która doprowadziła nas do Jasnej Góry. Po drodze mijaliśmy niezbyt urodziwe kamienice. Szkoda, że główny deptak nie powala pięknem na kolana. Na Jasnej Górze zwiedzaliśmy klasztor. Zaczęliśmy od wspinaczki na więżę widokową. Wstęp co łaska. Po dotarciu na szczyt od razu wzięliśmy się za podziwianie panoramy miasta. Niestety z przykrością musimy stwierdzić, że Częstochowa to typowe blokowisko. Szkoda, że założyciele miasta nie pomyśleli o ładnej, zabytkowej zabudowie. Po zejściu z wieży udaliśmy się do kościoła, a następnie do kaplic. Ruch nie był duży. Mijaliśmy kilka wycieczek szkolnych i pojedynczych pielgrzymów. O tej porze roku nie ma tutaj tłoku, dlatego przyjeżdżajcie jeżeli chcecie się wyciszyć. Zwiedziliśmy także skarbiec, muzeum 600 lecia oraz salę pielgrzymów Solidarności. Zrobiliśmy sobie również spacer wokół murów obronnych. Zwiedzanie wszystkich pomieszczeń jest darmowe. Jednak skarbony przypominają, że za każdym razem wypadałoby coś tam wrzucić. Na mnie nie zarobili! Kościół dorobił się już takiego majątku, że im wystarczy. Po wyjściu z Jasnej Góry udaliśmy się na ulicę 7 kamienic. W bramie znaleźliśmy bar z domowym jedzeniem. Na miejscu okazało się, że posiłki wydawane są na talerzach jednorazowych. Zrezygnowaliśmy. Pozostałe restauracje, albo były nieczynne, albo cenowo powalały na kolana.

Zanim poszliśmy na obiad zrobiliśmy sobie spacer alejkami parku miejskiego im. Stanisława Staszica. Znajduje się on na wprost klasztoru. Miejsce ładne i fajnie zagospodarowane. Swoją siedzibę ma tu Muzeum Częstochowskie - Zagroda Włościańska, oraz Muzeum Górnictwa. Po stawie pływają kaczki. Ruch w parku był znikomy. Aleją Najświętszej Marii Panny dotarliśmy do ulicy Wolności. Tam na wprost komunistycznego domu handlowego ulokowano znaną na całym świecie restaurację Mc Donald's. Lokal okupowany jest przez młodzież, a pracownicy nie nadążają z obsługą. Trochę musieliśmy czekać. Usiedliśmy przy stoliku patrząc na autobusy i tramwaje. Zauważyliśmy, że każdy nowy tramwaj ma swoje imię. Najedzeni udaliśmy się w dalszą podróż.

Tym razem aleją Najświętszej Marii Panny doszliśmy do placu Ignacego Daszyńskiego. Otaczają go w miarę ładne kamienice. Na wprost Jasnej Góry zbudowano kościół rzymskokatolicki. Nie jest duży. Do jego wnętrza nie weszliśmy, gdyż był zamknięty na trzy spusty. Idąc w dół dojdziecie do Starego Rynku. Obecnie jest w remoncie. Z jednej strony ma fajne kamienice, a z drugiej straszy komunizmem i brzydotą. Ze Starego Rynku udaliśmy się nad bulwary nad Wartą. Rzeka nie była zbytnio szeroka. Przy rzecze znajduje się więzienie, a tuż za nim największa w mieście galeria handlowa - Jurajska. Nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w niej. Nie trwała jednak długo. Chcieliśmy jeszcze za dnia zobaczyć trochę miasta.

Tuż za galerią znajduje się Bazylika Archikatedralna. Widać ją z wielu miejsc miasta. Niestety wejście do niej uniemożliwia remont placu Jana Pawła II. Poza tym gmach kościoła jest zamknięty dla ludzi. Przy ulicy Katedralnej widzieliśmy również zabytkowy budynek straży pożarnej. Warto również zajrzeć na ulicę Piłsudskiego. Znajdziecie tam kilka ładnych kamienic - oczywiście nie są odrestaurowane. Na koniec poszliśmy na ulicę Wolności do komunistycznego MegaSamu. Wystrój sklepu był obskurny, a towar na pułkach drogi jak cholera. W tak biednym mieście jak Częstochowa ceny powinny być niższe. Za wszystko się przepłacało 50 procent od cen konkurencji. Zrezygnowaliśmy i udaliśmy się w kierunku dworca. Mając trochę czasu wolnego poszliśmy poszukać innego marketu. Około 500 metrów od stacji kolejowej znajduje się supermarket Auchan. Dokładny adres to ulica Ferdynanda Focha. I na tym skończyliśmy naszą wycieczkę. Po zakupach poszliśmy na dworzec skąd wyruszyliśmy do Kielc.

Częstochowa to biedne miasto. Turysta nie znajdzie tu nic ciekawego. Rozwój miasta zatrzymał się na etapie komunizmu. Dookoła straszą zaniedbane bloki. Inwestycji tu jak na lekarstwo. Przez ostatnie 8 lat nic się tu nie zmieniło. Jedyny plus to pojawienie się nowych autobusów komunikacji miejskiej i pozbycie się starych. Po Częstochowie kursowały kiedyś kopcące i głośne Ikarusy. Miasto kupiło też kilkanaście nowych tramwajów. Częstochowa to miasto, z którego nie żal nam wyjeżdżać. Ogólnie jest tu nudno. Mnie boli to, że władze miasta nie robią nic by rozwijać to miasto. Jasna Góra to taki ich Watykan. Ludzie zostawiają tam kasę, zwiedzają, modlą się i na tym poprzestają. Tylko tacy ludzie jak my zachodzą na miasto. Mimo wszystko przyjedźcie tutaj. W tym mieście poczujecie się jak za komuny. Starsi przypomną sobie stare czasy, a młodzi poczują klimat poprzedniego ustroju. Z wycieczki jesteśmy zadowoleni, a to już najważniejsze.

Pociągi PolRegio na trasie Kielce - Częstochowa kursują regularnie przez cały rok. Bilet normalny na tej trasie kosztuje 16 zł i 20 gr. My wyjechaliśmy z Kielc o 8:42 i na miejscu byliśmy przed 10:30. Ostatni pociąg do Kielc wyjeżdża o 17:22 z peronu 1A.

Odległość pomiędzy Kielcami, a Częstochową wynosi 125 km trasa drogowa i 117 km trasa kolejowa.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

20 października 2019

Relacja z wizyty w cyrku Arena - Starachowice - październik 2019.

Cyrk Arena w Starachowicach. Fot: Erwin 
Dzisiaj z Łukaszem wybrałem się do Starachowic. Naszym celem był stacjonujący tam Cyrk Arena. Cyrkowcy rozbili swój namiot na placu przy ulicy Ostrowieckiej - na terenie dawnej bazy PKS. Spektakl, który widzieliśmy rozpoczął się punktualnie o godzinie 16:00 i trwał ponad 2 godziny. Program wyglądał następująco: 

Część 1
Parada powitalna bajkowych postaci 
Gimnastyka na szarfach - Nadia 
Repryza komiczna kwiatek - Johnatan Fuublee
Wężowe hula hoop - Ssnake 
Gimnastyka napowietrzna w kole - Swietłana i Grzegorz (Duet Jednoróg)
Repryza komiczna hula hoop - Johnatan Fuublee
Pokaz iluzji - Nomi Magic (Nomi Waliński & Ssnake)
Repryza piosenkarz - Johnatan Fuublee
Pokaz kucyka, osiołka, lam i wielbłądów - Mirosław Złotorowicz 
Transformers 

Podczas dwudziestominutowej przerwy widzowie mogą kupić sobie popcorn, watę cukrową, słodycze, napoje, pamiątki. Na arenie można sobie zrobić wspólne zdjęcie z Transformersem lub poczuć się jak akrobata huśtając się na spadochronie. 

Część 2
Ekwilibrystyka w sieciach - Ssnake 
Repryza komiczna grajek - Łukasz Gołębiewski & Johnatan Fuublee 
Pokaz psów - Swietłana  i Grzegorz (Duet Jednoróg) 
Repryza zespół muzyczny - Johnatan Fuublee 
Ekwilibrystyka na trapezie ramka - Nadia & Wadim (Duet Fantastic)
Finał

Gospodarzem programu była Agnieszka Złotorowicz

Po zakończonym programie wszyscy artyści jak i pracownicy wyszli na arenę zrobić sobie wspólne zdjęcia. Ponadto był szampan, kwiaty, łzy wzruszenia i radość, że szczęśliwie dobrnęło się do końca sezonu. 

Przed kasą cyrkową ustawiono specjalny samochodzik, który przez lata był wizytówką cyrku. 

Przed kilkoma miesiącami miałem okazję zobaczyć premierę tegorocznego widowiska. Czas tak szybko leci, że tym razem widziałem finał. Podczas wizyty w cyrku towarzyszył mi Łukasz. Tydzień temu cyrkowcy wystąpili w Kielcach, ale żaden z nas nie mógł uczestniczyć w tym wydarzeniu. Stąd też nasz wypad do Starachowic. 

Myślę, że przez te ostatnie miesięcy moje zdanie co do poziomu artystycznego się nie zmieniło. Wszyscy artyści dali z siebie wszystko i prezentowali się z jak najlepszej strony. Nie było słabych punktów programu. Tak naprawdę ciężko jest kogokolwiek tutaj wyróżnić. Duet Jednoróg opowiedział romantyczną historię z udziałem gołębi na trapezie kołowym. Pokaz psów też był w porządku. Ssnake i Nomi Megic na pewno byli faworytami. Ich numery nagradzane były głośnymi brawami. Część widzów pamiętała Ssnake z jego występów w popularnym programie telewizyjnym. Duet Fantastic również fajnie wykonywał swój numer. Brawa należą się również klaunom. Widzowie się śmiali, a to dobry znak. Nie można też zapomnieć o Mirosławie Złotorowiczu. Tradycyjny pokaz zwierząt z jego udziałem stał się znakiem rozpoznawczym tego cyrku. Każdy wierny fan Areny czeka na to, by zobaczyć swoich ulubionych czworonogów. Co roku wielbłądzia rodzina się powiększa, także sami widzicie, że ciągle coś się dzieje. 

Na mieście widzieliśmy sporo plansz, natomiast na wioskach wisiały papierowe plakaty. 

Teraz nie pozostaje nam nic innego jak oczekiwanie na kolejny sezon. Na pewno dostarczy nam wiele niezapomnianych wrażeń. W tym roku już do Areny nie pójdziecie, ale za rok wypatrujcie plakatów w swoich miastach. Wizyta w tym cyrku na pewno nie będzie stracona. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

19 października 2019

Relacja z wizyty w cyrku Wictoria - Strawczynek - październik 2019.

Cyrk Wictoria w Strawczynku. Fot:Erwin 
Wczoraj po raz drugi w tym roku miałem okazję zobaczyć spektakl cyrku Wictoria. Tym razem wybrałem się do podkieleckiego Strawczynka. Towarzyszyli mi Łukasz i jego mama. Cyrkowcy rozbili swój tabor przy centrum sportowo - rekreacyjnym "Olimpic". Widowisko punktualnie rozpoczęło się o godzinie 17:00. Program prezentował się następująco:

Część 1
Parada powitalna 
Gimnastyka na szarfach - Andżelika 
Repryza komiczna skrzypek - Bartolini 
Taniec ze świecącymi obręczami hula hop - Lena
Pokaz psów rasy bolder collie - Barbara Foryś 
Repryza komiczna siłacz - Bartolini 
Numer stójkarski - Bogdan 
Fakir z legwanem i wężem - Stanisław Łowicki 
Pokaz iluzji z gołębiami, ostronosem, szczurem i królikiem - Ando i Bartolini 
Repryza słoń - Bartolini 
Pokaz psa - Bartolini 
Akrobacje na trapezie - Andżelika 

Podczas przerwy na arenie odbywają się przejażdżki na kucyku. W bufecie kupicie słodycze, napoje, popcorn i watę cukrową. Balony kupicie u Bartoliniego. Toalety są płatne. 

Część 2 
Akrobacje na drążku - Bogdan 
Repryza komiczna popcorn - Bartolini 
Ekwilibrystyka na linie pionowej - Barbara Foryś 
Repryza komiczna dance z udziałem publiczności - Bartolini 
Pokaz konia i kuca - Stanisław Łowicki 

Gospodarzem programu był Stanisław Łowicki. 


W marcu miałem okazję zobaczyć premierowy spektakl cyrku Wictoria w Końskich.. Od tamtej pory niewiele się zmieniło. W drugiej części nie było tylko ekwilibrystyki w sieciach, w wykonaniu Leny. Nad kurtyną zabrakło napisu "Cyrk Wictoria". Rozłożono mniej ławek, które zapełnione były w 98 procentach. Do namiotu wchodziło się z boku, a wyjście dla artystów było w odwrotną stronę niż przed kilkoma miesiącami. Różnice zobaczycie na zdjęciach.

Jak już wspomniałem wcześniej tegoroczny program Wictorii jest najlepszym ze wszystkich jakie do tej pory widziałem. Mam nadzieję, że dyrekcja utrzyma, a nawet podwyższy poziom w kolejnym sezonie. Ogólnie program nam się podobał i nie mamy do czego się przyczepić. Nie zmarzliśmy, klaskaliśmy, a to już dobrze. Najbardziej podobały nam się pokazy w wykonaniu Andżeliki i Bogdana. Na brawa zasługuje także lina pionowa Barbary Foryś. Bartolini jest w porządku. Jego najlepsza repryza to "dance". 

Plansze PCV rozstawione były w całym Strawczynie. W okolicznych wsiach przyklejono plakaty papierowe. Ulotki promujące spektakl można było znaleźć w sklepach. 

12 października w podkieleckim Piekoszowie (10 km od Strawczyna), stacjonował Cyrk Katarzyna. Uznaliśmy z Łukaszem, że oferta tego cyrku jest dla nas za słaba i nie poszliśmy na program. Plakaty Katarzyny były również w Strawczynie. 

Jutro Cyrk Wictoria zagra charytatywny spektakl, który odbędzie się w Miedzierzy. Po programie zaplanowano piknik z wieloma atrakcjami. Będą również zbierane pieniądze dla chorego Kacpra, który potrzebuje ich na dalsze leczenie. 

Relacja z marcowej premiery dostępna jest TUTAJ.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

17 października 2019

Relacja z wycieczki do Piotrkowa Trybunalskiego - październik 2019.

Gmach sądu w Piotrkowie Trybunalskim. Fot: Erwin 
We wtorek wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Piotrkowa Trybunalskiego. Podróż z Kielc zajęła nam nieco ponad godzinę. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy samej starówce - na wprost Bazyliki Mniejszej. To właśnie od niej zaczęliśmy zwiedzanie. Obiekt sakralny był zamknięty dla turystów. Mogliśmy tylko wejść w tak zwany przedsionek. Sama budowla stanowi wizytówkę miasta. Nam się podobała. Szkoda, że nie mogliśmy bliżej przyjrzeć się dziełom sztuki. Gdy wyszliśmy z Bazyliki od razu udaliśmy się do Centrum Informacji Turystycznej. Znajduje się ono przy ulicy Zamurowej. Miły Pan udzielił nam niezbędnych informacji na temat miasta. Otrzymaliśmy bezpłatne przewodniki oraz mapy. Ponadto kupiliśmy najtańsze w swojej historii magnesy - za dwa bardzo ładne zapłaciłem niecałe 7 zł. Pracownik Centrum wspomniał, że w Piotrkowie sprzedaje się najtańsze pamiątki w Polsce. I coś w tym musi być. Zgodnie z otrzymaną mapką udaliśmy się w kierunku Zamku. Budowla w niczym go nie przypomina. Z tego co słyszałem to nigdy nie był on ogrodzony murami obronnymi. To właśnie w tym miejscu odbyły się pierwsze w Polsce obrady sejmu walnego. Mam nadzieję, że nic tutaj nie pokręciłem. Więcej informacji na ten temat znajdziecie w internecie. Obecnie na terenie Zamku mieści się Muzeum.

W okolicach Zamku znajduje się Wielka Synagoga. Obecnie mieści się w niej Miejska Biblioteka Publiczna. Obiekt zrobił na nas spore wrażenie. Ogólnie przez Piotrków przewinęło się wiele narodów, stąd tak bogata oferta architektury. Na Placu Zamkowym widzieliśmy pomnik 550 lecia polskiego parlamentaryzmu. Wokół pomnika jest skwer i niewielki plac zabaw. Idąc ulicą Zamkową doszliśmy do Placu Czarneckiego. Ze wszystkich stron otaczają go piękne kolorowe kamienice. Ponadto wydzielono strefę zieleni oraz ustawiono ławki. Zanim doszliśmy na Rynek zajrzeliśmy jeszcze na ulicę Wojska Polskiego. Znajduje się tu Dawny Areszt. Warto również dokładnie przyjrzeć się kamienicom. Na niektórych z nich znajdziecie tabliczkę upamiętniająca sceny filmowe danego filmu lub serialu. Piotrków słynie z tego, że grano tutaj wiele międzynarodowych produkcji kinowych.

Przy ulicy Rwańskiej znajduje się Kościół Ewangelicko - Augsburski. Niestety był zamknięty i nie udało nam się wejść do środka. Stąd już tylko kroki dzieliły nas od Rynku. Podziwialiśmy tu wiele pięknych kamienic. Rynek Trybunalski nie przyciąga tłumów. Przy nas kręciło się kilka osób. Przed laty miejsce to odwiedziła Magda Gessler. Restaurację "u Dunina" przekształciła w "Krochmal". Dziś po restauracji nie ma już śladu. Ogólnie nie znaleźliśmy w centrum jadłodajni czy barów z domowym jadłem. Sporo jest tu kebabów. Na rynku bodajże zauważyłem 2 restauracje z wyższej półki. Lokale świeciły pustkami.

Z Rynku udaliśmy się w kierunku ulicy Słowackiego. W Parku im. Jana Pawła II znajduje się amfiteatr, fontanna, Pomnik Przyjaźni i Braterstwa Broni. Przy amfiteatrze zlokalizowano szalet miejski. Za wizytę w tym miejscu zapłacicie tylko złotówkę. Przy ulicy Słowackiego zobaczycie ciąg kamienic w tym przepiękny gmach Sądu Okręgowego. Naszą uwagę przykuła też Cerkiew Prawosławna pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Zanim doszliśmy do wieży ciśnień zrobiliśmy sobie spacer ulicami Sienkiewicza, Grota Roweckiego oraz Dąbrowskiego. Przy tej ostatniej znajduje się zabytkowa lecz zaniedbana Willa Wandy. Niedaleko wieży ciśnień zlokalizowano dworzec autobusowy i kolejowy. Ten ostatni jest zabytkiem. To właśnie tutaj zrobiliśmy sobie przerwę. Widzieliśmy pociąg relacji Warszawa - Wrocław.

Pomiędzy dworcem, a ulicą Wojska Polskiego znajdują się ciekawe zabytki, które koniecznie musicie zobaczyć. Później musieliśmy się wrócić do ulicy Sienkiewicza skąd niedaleko jest do hali targowej. Zabytkowy budynek przeznaczony na handel warzywami zajmuje dziś m.in. biedronka. Państwowa Szkoła Muzyczna mieści się w zabytkowym pałacyku. Na wprost gmachu Prokuratury zlokalizowano Miejski Ośrodek Kultury. Instytucja zajmuje lokale w zabytkowym budynku. Polecam również spacer al. 3 Maja. Gdy dojdziecie do ronda traficie do Parku Poniatowskiego. Podzielony jest na dwie części - parkową i botaniczną. Niestety o tej porze roku wiele ładnych roślin już przekwitła. W parku jest tez staw, po którym pływają kaczki. W drodze na parking przy dwóch rondach natrafiliśmy na mały kościół. Niestety był zamknięty i nie zobaczyliśmy go z bliska.

Po tak intensywnym zwiedzaniu zrobiliśmy się głodni. Na obiad pojechaliśmy do największego w mieście centrum handlowego "Focuss Mall". Liczyliśmy na Mc Donald's. Niestety takiego lokalu tam nie było. Zdecydowaliśmy się na obiad w KFC - nic specjalnego. Korzystając z okazji zajrzeliśmy też do Carrefour.

Ponieważ było jeszcze widno to stwierdziliśmy, że pojedziemy do Pałacu Bykowskich. Znajduje się on na obrzeżach miasta przy ulicy Kasztelańskiej. Budynek otacza niewielki park. Obecnie znajduje się tam kółko rolnicze, czy coś w tym rodzaju. Zanim w tym miejscu powstał Pałac, wcześniej był tu Zamek Jaksów - Bykowskich. Do wnętrz nie weszliśmy. Nawet nie wiemy, czy była taka możliwość. Budynek gdyby był zadbany wyglądałby zjawiskowo. Póki co pobudza wyobraźnię - na przykład wymyśliłem sobie, że straszą tam duchy. Chcieliśmy również zobaczyć ruiny po browarze, które mieszczą się blisko ulicy Wojska Polskiego. Niestety nie trafiliśmy do celu. Na koniec udaliśmy się do centrum handlowego "Echo" na małe zakupy.

Do zorganizowania sobie wycieczki do Piotrkowa zachęciły nas artykuły w prasie. Ostatnio kolorowe pisma sporo pisały o tym mieście. Stwierdziłem, że musimy tu przyjechać. Wstyd, że mamy tak blisko, a miasto widzieliśmy tylko przejazdem. Szkoda, że do Piotrkowa nie przyjeżdżają turyści. Mieliśmy wrażenie, że tylko my nimi byliśmy. Piotrków ma dużo do zaoferowania. W mieście jest wiele zabytkowych kamienic, kościołów, ładne parki itd. Nie byliśmy w Muzeum Piwowarstwa. Ja nie pijam piwa, a Łukasz był kierowcą. Stwierdziliśmy, że tą atrakcje sobie odpuścimy. Jednym słowem polecamy Wam wycieczkę do Piotrkowa. Miasto na pewno Was zachwyci i co najważniejsze pobudzi waszą wyobraźnię.

Na koniec taka ciekawostka. Podobno Piotrków założyli Czesi. Mają o tym świadczyć wąskie uliczki starego miasta. Ciekawe ile w tym prawdy.

Zdjęcie mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

30 września 2019

Relacja z wycieczki do Szczawnicy i Wąwozu Homole - wrzesień 2019.

Park Górny w Szczawnicy Fot: Erwin 
Szczawnica 

W sobotę wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Szczawnicy. Podróż z Kielc zajęła nam ponad 3 godziny. Nawigacja poprowadziła nas przez Kraków, Lubień, Mszanę Dolną i Krościenko nad Dunajcem. Samochód zaparkowaliśmy na płatnym parkingu w ścisłym centrum. Pierwsza godzina kosztowała nas 3,50 zł, każda następna 2,50 zł. Pierwszym punktem na naszej strasie był sklep spożywczy. Kupiliśmy słodycze i napoje, a następnie ruszyliśmy na podbój miasta. Po kilku minutach byliśmy już przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Palenicę. Za bilet góra - dół zapłaciliśmy 19 zł. Podróż takim wyciągiem trwa mniej więcej 5 minut. Do pokonania jest nieco ponad 100 metrów. Po dotarciu na szczyt naszym oczom ukazały się Pieniny, Trzy Korony oraz Tatry. Większość Tatrzańskich szczytów była za chmurami. Zrobiliśmy sobie zdjęcia i udaliśmy się na tor grawitacyjny. Taka atrakcja kosztowała nas 8 zł. Tor należy do PKL i nie ważne gdzie jesteście, cena zawsze jest taka sama. Z takiego samego toru korzystaliśmy w Zakopanem, a przed laty w Ustroniu na Wielkiej Czantorii. Kilka metrów od toru znajduje się gospoda i schronisko. Kupiliśmy sobie lody na gałkę. Łukasz wybrał sobie miętowo - czekoladowe i bananowe, natomiast ja skusiłem się na cytrynowe i miętowe z czekoladą. Gałka kosztowała 3 zł i była spora. Lody były dobre, dlatego jak będziecie na Palenicy, to koniecznie ich spróbujcie. Na łąkach widzieliśmy pasące się owce oraz figurki mieszkańców Pienin. W ramach ścieżki edukacyjnej postawiono pomnik borsukowi, rysiowi, pszczole, ważce, motylowi, borowikowi, rydzom, muchomorom i innym. W ten sposób turyści mogą się dowiedzieć jakie bogactwa naturalne posiada ten kawałek Polski. Bezpośrednio z Palenicą graniczy Szafranówka. Byliśmy na jej szczycie i podziwialiśmy piękno Beskidów, Gorców i Pienin. Na szczycie byliśmy około 2 godziny. Naprawdę świetne miejsce na mapie Szczawnicy. Na pewno z ogromnym sentymentem będziemy wracać do tego miejsca.

Po powrocie z Palenicy zrobiliśmy sobie spacer promenadą biegnącą równolegle do potoku Grajcarka. Spotkaliśmy tutaj ludzi odpoczywających na ławkach. Ruch był niewielki jak to po sezonie. Większych atrakcji poza pięknymi widokami tutaj nie widzieliśmy. Z promenady udaliśmy się do ulicy Głównej, która prowadziła do ścisłego centrum. Po drodze zjedliśmy obiad w małej karczmie o nazwie "Karczma Chatka". Znajduje się ona przy alei Parkowej na wprost Parku Dolnego. Jedzenie było dobre, ale nierewelacyjne. Do doskonałości trochę brakowało. Kucharzowi mogę dać mocną czwórkę z ogromnym minusem za słabo przyrządzane surówki. Po obiedzie poszliśmy na spacer do Parku Dolnego. Widzieliśmy kaskady wodne, staw z ozdobnymi rybami, Grotę pamięci marszałka Mikołaja Zyblikiewicza. Park nie jest duży. Po opuszczeniu terenów zielonych przeliśmy się ulicą Główną do kramów. Kupiliśmy pamiątkowe magnesy i oscypki. Większość kupowała u takiej młodej dziewczyny, która miała największe i najładniejsze sery. Nie odmówiłem sobie również bundza, czyli sera z mleka owczego smakiem przypominającego mozzarellę. Zakupy zanieśliśmy do samochodu. Po chwili zdecydowaliśmy się, że do Parku Górnego dojedziemy samochodem. Trochę pobłądziliśmy, a jak się potem okazało park był na wyciągnięcie ręki. Za kolejny parking zapłaciliśmy 4 zł za godzinę. Obok parku widzieliśmy zrujnowane budynki dawnych hoteli lub ośrodków sanatoryjnych. Nie wiem co w nich było, ale swoją brzydotą szpeciły to miejsce. W parku znajduje się inhalatorium. Budynek wyglądał z czasów PRL. Otaczały go pomniki nagich chłopców. Głównym punktem parku jest reprezentacyjna część Szczawnicy, czyli plac Dietla. Znajduje się tu Muzeum Uzdrowiskowe, Kaplica zdrojowa, restauracje, pijalnia wód i zabytkowa zabudowa. Na środku zbudowano fontannę. Ta część miasta podobała nam się najbardziej. Pod koniec naszego pobytu zaczął padać deszcz. Jednak nie odstraszył nas od wypadu do Wąwozu Homole.

Wąwóz Homole - Jaworki 

Wąwóz Homole znajduje się we wsi Jaworki. Droga ze Szczawnicy nie zajęła nam nawet 10 minut. Parking przy wąwozie jest płatny. Tutaj ulokowano też gastronomie i punkty z pamiątkami. Ponownie skusiłem się na magnesy. Kupiłem je w cenie 6 zł. W mieście wołali od 8 do 12 zł. Zwiedzanie Wąwozu jest bezpłatne. Do pokonania mieliśmy 800 metrów wśród przepięknych skał. Cały rezerwat zajmuje powierzchnię prawie 60 ha. Szlak nie jest trudny, ale warto pamiętać o wygodnym obuwiu. Droga jest kamienista i wilgotna. Ścieżkę wytyczono wzdłuż potoku, który tak pięknie szumiał. Woda była krystalicznie czysta. Według mnie Wąwóz Homola to cud świata. Rezerwat załażono w 1963 roku. Od tego czasu się zmienił. Dziś to miejsce pełne niezwykłej zieleni. Łukasz zastanawiał się jak to jest, że drzewa i trawa urosła na zboczach skał. Jak widać przyroda potrafi się upomnieć o swoje lub przystosować do danych warunków. Wąwóz obejmuje także Czajakową Skałę oraz boczną część Koniowskiego Potoku, w Małych Pieninach. Przejście Homoli zajęło nam około 40 minut w pierwszą stronę i 30 minut w drugą.

Na końcu Wąwozu znajduje się polana o nazwie Dubantowska Dolinka. To właśnie tutaj znajdują się kamienne księgi. Wyglądają tak jakby ktoś położył je w taki sposób, by przypominały książki. Legenda mówi, że zapisano w nich przyszłość wszystkich ludzi na ziemi. Jednak nikt nie potrafi odczytać ksiąg. Jak dotąd udało się to tylko jednej osobie - popowi ze słowackiego Wielkiego Lipnika. Jednak Bóg nie chciał, by ludzie poznali swoją przyszłość, dlatego odebrał popowi mowę. Na polanie znajdują się również ławki i stoliki do odpoczynku. Toalet brak dlatego ludzie załatwiają swoje potrzeby w krzakach. Szkoda tylko, że przy tym zaśmiecają teren parku. Z tego miejsca apeluję, by po każdym oddaniu moczu zabierać ze sobą zużyte chusteczki, czy też papier i wyrzucić dopiero po wyjściu z Wąwozu. W ten sposób nie zaśmiecicie tego wyjątkowego miejsca.

Podczas spaceru podobało nam się to, że ludzie mówili sobie dzień dobry lub cześć. Na co dzień takich zachowań nie odczuwamy, gdyż ludzie ogólnie są wrogo do siebie nastawieni. Miłe zaskoczenie i pozdrawiamy wszystkie napotkane na szlaku osoby.

Najlepsze jednak przed nami. W drodze powrotnej zaraz po ominięciu Skalnych Ksiąg usłyszeliśmy ryk niedźwiedzia. Był bardzo blisko nas. Musiał się schować w zaroślach. Mieliśmy szczęście, że do nas nie wyszedł. Jednak pamiętajcie, że niedźwiedź nie zrobi wam krzywdy, jeżeli nie będziecie go do tego prowokować. Najlepiej udawać, że się go nie widzi. Zwierzę zazwyczaj i tak jest obojętne na widok człowieka. Mimo wszystko miałem stracha. Po dotarciu na parking napiliśmy się herbaty i wróciliśmy do domu. Podróż zajęła nam nieco ponad 3 godziny, ale to dlatego, że zrobiliśmy sobie przerwę na hot doga.

Jakie wrażenie zrobiła na nas Szczawnica? Pod kątem przyrodniczym to pięknie miejsce. Jednak samo miasto w sobie niczym nas nie urzekło. Zabudowa wschodniej części miasteczka przypominała nam typowo słowacką wieś. W ścisłym centrum poza kolejką i straganami nie znajdziecie innych atrakcji. Brakowało nam tu typowej góralskiej zabudowy. Większość domów niczym nie wyróżnia się z tłumu. Niestety sporo jest tu pustostanów. Budynki nadają się tylko i wyłącznie do rozbiórki. Ich architektura odstrasza turystów, w tym także i nas. Ogólnie miasto jest niedoinwestowane. Brakuje tu dobrej infrastruktury, inwestycji, tego czegoś co by przyciągało ludzi. Na mieście ruch był mały, natomiast 95 procent mijanych przez nas osób to emeryci. Młodych możecie spotkać na szlakach i w górach. Szkoda, że nie udało nam się zobaczyć Trzech Koron w całej okazałości. Następnym razem wykupimy sobie spływ po Dunajcu i wtedy nadrobimy zaległości. Szczawnica to dobre miasto na długi weekend, ale nie wakacje. Ogólnie jesteśmy zadowoleni z wycieczki.

Do Szczawnicy najlepiej jechać z nawigacją GPS. Do miasta nie prowadzą żadne znaki (na trasie, którą my pokonywaliśmy czyli Kraków, Lubień, Kasinka Mała, Mszana Dolna, Tylmanowa, Krościenko nad Dunajcem). Ogólnie zapomnijcie o drodze szybkiego ruchu. Władze regionu inwestują tylko w Zakopiankę, a za chwilę w krajową 7. Myślę, że dobre drogi do górskich kurortów powinny być dla regionu priorytetem.

Zdjęcia Szczawnicy mojego autorstwa zobaczycie TUTAJ.
Zdjęcia z Wąwozu Homola mojego autorstwa zobaczycie TUTAJ.

15 września 2019

Relacja z wycieczki do Bodzentyna - wrzesień 2019.

Ruiny zamku w Bodzentynie. Fot: Erwin 
Korzystając z wolnego sobotniego popołudnia wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Bodzentyna. Jest to niewielkie miasteczko położone zaledwie kilka kilometrów od najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich - Łysicy. Z Kielc mieliśmy do pokonania 30 km. Samochód zaparkowaliśmy na parkingu przy Rynku Dolnym. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w kościele św. Ducha. Zapewne pamiętacie, że nie jestem osobom wierzącą. Jednak na wycieczkach często zaglądam do kościołów. Lubię klimat tego miejsca - najbardziej fascynuje mnie błoga cisza i ten wyjątkowy zapach. Niektóre kościoły wzbudzają u mnie podziw. Ten w Bodzentynie nie był najgorszy. Na Dolnym Rynku nie ma co oglądać. Niewielki skwerek przez cały dzień zajmują ludzie pod wpływem alkoholu. W sobotę ruch tutaj jest mały. Praktycznie wszyscy przychodzą tutaj, ponieważ znajduje się tu market spożywczy. Zabudowa Dolnego Rynku jest niska. Domy są parterowe lub jednopiętrowe.

Z Dolnego Rynku poszliśmy ulicą Langiewicza do Górnego Rynku. Największy plac miejski został kilka lat temu zmodernizowany. Postawiono ławki, klomby z kwiatami, zbudowano fontannę. Zabudowa nie jest jakaś szczególna. Mnie podobały się parterowe domy w kierunku kościoła. Tak naprawdę o zabytki to tutaj trudno. Na rynku zrobiliśmy sobie przerwę i usiedliśmy na ławce. Ludzi było mało - nie mieliśmy kogo obserwować. Czynna była pizzeria, która świeciła pustkami i lodziarnia, która sprzedawała lody na gałki - porcje bardzo małe. Po kilkunastu minutach poszliśmy zobaczyć kościół. Jego wnętrze przygotowano do ślubu. Wewnątrz budynku widać było przepych i bogactwo. Kościół nie wyróżniał się niczym szczególnym od innych. Ze wszystkich stron otoczony był murem. Po chwili pojawiła się kapela i państwo młodzi.

Obok kościoła znajdują się ruiny zamku. Za wiele ich niestety nie ma, a to co zostało grozi zawaleniem. Na murach urosła trawa, krzewy, a nawet niewielkie drzewo. Szkoda, że zachowało się zaledwie kilka ścian. Wokół zamku na próżno szukać informacji na jego temat. Teren zamkowy to tak zwana łąka, czyli miejsce, gdzie spotyka się miejscowa społeczność. Jedni piją piwo, drudzy bawią się na placu zabaw, a jeszcze inni po prostu spacerują po trawie. Przy zamku zlokalizowano toi- toi.

Minęliśmy Zamek i poszliśmy w kierunku rynku. Spodobała mi się zabudowa ulicy Licealnej. Parterowe domy robią na mnie spore wrażenie. Ogólnie rozwój Bodzentyna zakończył się bardzo dawno temu. Jednak mało kto wie, że to właśnie to miasto otrzymało pierwsze prawa miejskie, niż Kielce. Dawniej był to ważniejszy ośrodek gospodarczy od obecnej stolicy regionu. Kielce urosły do rangi miasta o statusie 200 tysięcy mieszkańców, natomiast Bodzentyn nie ma ich nawet 10 tysięcy. Na koniec zajrzeliśmy do sklepu. Miejscowi kupowali napoje, słodycze, chipsy. My skusiliśmy się na niedobre batony.

Życie w Bodzentynie biegnie bardzo wolno. Miejscowi nie mają co tutaj robić. Atrakcji turystycznych jakby brak. Na szczęście niecałe 10 km stąd jest Święta Katarzyna. Tutaj znajduje się klasztor, wejście na Łysicę (najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich), muzeum, oraz lokale gastronomiczne. W drugą stronę blisko jest do Nowej Słupi i na Święty Krzyż. Większym ośrodkiem miejskim w okolicy są Starachowice. Do Bodzentyna dojedziecie busami z Kielc, Starachowic i Skarżyska Kamiennej.

Jeżeli wybieracie się w te rejony to zwiedzanie Bodzentyna zajmie wam co najwyżej półtorej godziny. Jednak w tempie ekspresowym miasto obejdziecie w pół godziny. Bodzentyn słynie również z targu zwierzętami rolnymi.

W drodze do Kielc zatrzymaliśmy się nad zalewem w Cedzynie. Podziwialiśmy okoliczną przyrodę, kaczki, paralotniarza i latający nad nami samolot.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

13 września 2019

Relacja z wycieczki do Zakopanego - wrzesień 2019.

Zakopiańskie Krupówki. Fot: Erwin
W minioną środę wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Zakopanego. W pierwszą stronę droga zajęła nam ponad 4 godziny. Zatrzymały nas korki pod Krakowem, w Krakowie i na wjeździe do Zakopanego. Samochód zaparkowaliśmy na płatnym parkingu w okolicach Krupówek. Bilet całodniowy kosztował nas 10 zł. Pierwsze kroki skierowaliśmy na bazar pod Gubałówką. Chcieliśmy zobaczyć jakie sery górale mają w ofercie. O tej porze roku połowa kramów jest nieczynna. Po kilku minutach byliśmy już na dolnej stacji kolejki na Gubałówkę. Kupiliśmy bilet łączony, czyli wjazd kolejką torową, natomiast zjazd wyciągiem krzesełkowym na Butorowym Wierchu.  Koszt takiej atrakcji to 19 zł. Na szczycie skorzystaliśmy z toru saneczkowego. Jeden przejazd kosztuje 8 zł. Fajnie było. Czas przejazdu zajął nam około 5 minut. Na szczycie Gubałówki podziwialiśmy przepiękną panoramę Tatr. Pogoda tego dnia była idealna. Na szczycie nie wiało. Później zrobiliśmy sobie spacer od Gubałówki do Butorowego Wierchu. Zajął nam około 2 godzin. Przy ulicy znajduje się wiele kramów, lokali gastronomicznych, punktów rozrywkowych. Uważać trzeba na konie i samochody. Większość barów oferowała dania najniższej jakości. Smród starego oleju nas obrzydzał. Mimo wszystko skusiłem się na kołacza węgierskiego. Przy stoliku obsiadły nas pszczoły. Na straganach znajdziecie chińską tandetę - ciupagi, poduszki, pluszaki, okulary przeciwsłoneczne, kubki i wiele innych. Ceny były niższe niż w sezonie. Ogólnie nie było tłumów na Gubałówce. Widać, że zaczyna się martwy sezon w Tatrach. Po drodze mijaliśmy głównie emerytów lub obcokrajowców. Zjazd wyciągiem krzesełkowym zajął nam 10 minut. Było fajnie i nie bujało. Podziwialiśmy moje ukochane Tatry. Na pierwszym planie Giewont.

Droga z Butorowego Wierchu pod Gubałówkę zajęła nam pół godziny. Po drodze spotkaliśmy panią, która po raz pierwszy dowiedziała się, że istnieje możliwość zakupu biletu na dwie kolejki. Z pod Gubałówki udaliśmy się na Krupówki. Tutaj ruch był większy. Obiad zjedliśmy w karczmie "Zagroda" Za danie dnia (rosół, ziemniaki, surówka, kotlet schabowy), zapłaciliśmy 24 zł. Ogólnie ceny w restauracjach są wysokie, często nieadekwatne do jakości jak i smaku. Po obiedzie poszliśmy na pyszne lody. Bez chemii serwowane są w lodziarni "Żarneccy" z Nowego Targu. Lody sprzedawane są na wagę. Za 140 gram zapłaciliśmy 6 zł. Lodziarnia znajduje się na Krupówkach. Czy coś się zmieniło na głównym deptaku? Upadło kilka restauracji, zamknięto dobrą piekarnię, wybudowano dwie galerie handlowe.

Z Krupówek udaliśmy się w kierunku Skoczni. Na ulicy Zamoyskiego mijałem restaurację "Mała Szwajcaria". Kiedyś jadałem tu pyszne obiady. Teraz lokal świeci pustkami. Zapewne ceny odstraszają klientów. Ogólnie im dalej od Krupówek, tym bardziej robi się pusto, a w restauracjach wyczekują klienta, a ten nie nadchodzi. Widzieliśmy też typowe domy góralskie. Jedne zadbane, drugie nie. Widać, że to miasto przestało się rozwijać. Na skoczni nic się nie zmieniło. Kilka kramów było otwartych i podrzędnych knajp. Ze skoczni skierowaliśmy się w stronę bazarów. Poszliśmy kupić sery. Droga zajęła nam pół godziny. U jednej pani kupiliśmy oscypka w cenie 10 zł, oraz małe oscypki za 1,50 zł. W gratisie dostaliśmy kilka małych. Obok targu stoi niewielki park rozrywki. Przejazd diabelskim młynem to koszt 20 zł. Czas obrotu to 7 minut - chętnych oczywiście brak. My zdecydowaliśmy się na zabawę w tak zwanym automacie. Oszukiwał na czasie. Powinniśmy mieć 15 minut gry, a nie było nawet 10 minut.

Sery zanieśliśmy do samochodu. Wieczorem poszliśmy w okolice dworca kolejowego. Chcieliśmy zobaczyć zabytkowy hotel. Na dworcu okazało się, że ten już nie istnieje. Autobusy stają na tyłach dworca kolejowego, a ten wygląda jak rozpadająca się ruina. Dworzec autobusowy przebudowano na supermarket. Na koniec wróciliśmy się na Krupówki. Z sentymentu poszliśmy do kawiarni "Samanta". Po kilku latach zaszły tu zmiany. Porcje ciastek są bardzo małe, a cena wzrosła do nawet 9 zł. Zjedliśmy kremówki i napiliśmy się herbaty. Po kilku godzinach nasza wycieczka dobiegła końca. Powrót do Kielc zajął nam 3 godziny i 30 minut. Te 30 minut to czas na kolację.

W Zakopanem działa już komunikacja miejska. Kilka linii obsługują solarisy. Bilety możecie kupić w punkcie obsługi turystycznej.

Przed każdym domem widnieją tabliczki wolne pokoje, z łazienkami i telewizją. Chętnych brak.

Mam wrażenie, że rozwój Zakopanego się zatrzymał. Nie byłem tu 5 lat i nie zauważyłem teraz jakiś nowych inwestycji. Poza tym miasto stało się drogie i kiczowate. Kiedyś słyszałem, że Zakopane ma aspiracje do bycia ekskluzywnym. Górale nastawiają się tylko na bogatego klienta. Myślę, że wyjdzie im to bokiem. Ceny w restauracjach są kosmiczne, cukiernie również podrożały. Ludzie nabiorą się raz, ale nie dwa. Nie tędy droga drodzy górale. Zakopane nigdy nie będzie miastem dla elity. Przede wszystkim dlatego, że bogaty turysta nie znajdzie tu rozrywki jak i usług na najwyższym poziomie. Mimo wszystko mam ogromny sentyment do tego miasta. Kocham góry, a Zakopane to miejsce, gdzie mógłbym osiąść na stałe.

Obejrzyjcie zdjęcia mojego autorstwa. Wystarczy kliknąć TUTAJ.

03 września 2019

Relacja z wizyty w cyrku Zalewski - Kielce - wrzesień 2019.

Fot: Erwin 
W minioną niedzielę wybrałem się z Łukaszem do cyrku Zalewski. Znana cyrkowa rodzina na jeden dzień zatrzymała się w Kielcach. Artyści rozbili swój namiot przy ulicy Kongresowej, obok Targów Kielce. Spektakl odbył się o godzinie 16:00. Mimo wysokich temperatur publiczność nie zawiodła. Tegoroczny program przedstawia się następująco.

Część 1 
Wstęp do programu - Tonito Alexis 
Pokaz iluzji - Kamil Zalewski z zespołem 
Przywitanie gości - Kamil Zalewski i Maciej Najmowicz 
Pokaz kóz - Stefan
Pokaz psa - Tonito Alexis 
Gimnastyka na sztrabatach - Bruno 
Repryza komiczna - Tonito Alexis 
Żonglerka nogami - antypody - Vera Kopecka 
Repryza komiczna pszczółka - Kamil Zalewski, Maciej Najmowicz i Tonito Alexis 
Pokaz wielbłądów - Kamil Zalewski 
Pokaz koni - Kamil Zalewski 
Gimnastyka na sztrabatach w wersji Spider - Man - Maciej Najmowicz 
Pokaz dinozaurów - Tonito Alexis 

Przerwa 20 minut. 

Część 2 
Latające trapezy - Flying Michaels 
Repryza komiczna - Tonito Alexis 
Diabolo - George Hromadko 
Transformacje - Tonito Alexis i Stefania 
Laser Man - Kamil Zalewski 
Finał 
Pożegnanie klauna - Tonito Alexis 

Program trwał 2 godziny i 15 minut. 

Podczas przerwy można było sobie zrobić wspólne zdjęcie z dinozaurami i Spider Manem. Ponadto przed namiotem odbywały się przejażdżki na wielbłądach. W bufecie sprzedawano napoje i słodycze.

Cyrk Zalewski wydał nowe programki. Można w nich znaleźć informacje na temat rodziny państwa Zalewskich oraz miejsca na autografy. Wszyscy artyści po zakończonym spektaklu spotykają się przed bufetem, by złożyć swój podpis.

Jeżeli chodzi o nowości to zmodernizowany został amfiteatr.

Nam najbardziej podobały się występy klauna i latające trapezy.

Za miesiąc Cyrk Zalewski zorganizuje XX edycję Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Cyrkowej. Odbędzie się ona na warszawskiej Woli. Program ma być niewiele zmodyfikowany. Na pewno zobaczymy artystów występujących w sezonie objazdowym. Bilety na to wydarzenie możecie już teraz kupić na oficjalnej stronie cyrku. Jak na festiwal ich cena nie jest wygórowana.

Jeżeli chodzi o reklamę to ta była widoczna. Plansze jak i papierowe plakaty pojawiły się przed każdą Biedronką i Lidlem. Ulotki znalazłem w Tesco jak i Biedronce.

Zapewne każdy z Was pamięta słowa Stanisława Zalewskiego, które przypominały o zakazie robienia zdjęć. W tym roku informacja ta się nie pojawia. Nikt nikogo nie gania za robienie fotek. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się skupić na programie niż fotografowaniu. Mamy nadzieję, że te zdjęcia, które zrobiliśmy Wam wystarczą.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

Relacja z wycieczki do ZOO Leśne Zacisze - sierpień 2019.

Bawół indyjski. Fot: Erwin 
W sobotę wybrałem się z Łukaszem na spacer do ZOO Leśne Zacisze. Na początku naszej wizyty spotkaliśmy się z Panem Pawłem Zawadzkim - właścicielem ogrodu. Tradycyjnie wymieniliśmy się informacjami ze świata zoologicznego. Podczas zwiedzania towarzyszyła nam córka Pana Pawła - Karolina. Opowiedziała nam kilka ciekawostek z życia każdego zwierzaka. Tradycyjnie jako ostatni opuściliśmy ogród. Przy wyjściu spotkaliśmy żonę Pana Pawła - Panią Aleksandrę Zawadzką. Tym razem nie udało nam się zobaczyć lemurów katta, surykatek, osłów domowych.

Tradycyjnie się powtórzę i napiszę, że za każdym razem kiedy jesteśmy w Zaciszu dostrzegamy nowości. Tym razem były to strusie afrykańskie. Trzy największe ptaki świata zamieszkały na dawnym wybiegu osłów domowych przy głównej alei. Przyjrzeliśmy się nogom i stwierdziliśmy, że strusie muszą wywodzić się z czasów prehistorii. Ich kończyny przypominają typowe nogi prehistorycznych gadów i ptaków. Zagadkowe nogi dostrzegliśmy także u emu. W Zaciszu możecie zobaczyć aż 3 gatunki strusia i każdy mieszka obok siebie. W ten sposób szybko porównacie różnice pomiędzy emu, nandu, a afrykańskim.

Kolejną nowością Zacisza są żółwie olbrzymy. Nam udało się zobaczyć jednego z trzech. Niestety był w domku, dlatego widzieliśmy jego zarys.

Przy głównej alei zamieszkały także pekari obrożne. Zwierzęta pochodzą z łódzkiego ZOO. Jest to drugie stado tych zwierząt w Zaciszu. Powiększono również wybieg strusia nandu.

Jeżeli chodzi o inwestycje, to właśnie zakończono budowę wielkiej woliery dla małp. Prace przy budowie wolier dla zwierząt drapieżnych idą pełną parą. Obiekt będzie podzielony na dwa. Na ukończeniu są dwa wybiegi dla zwierząt kopytnych. Ogrodzenie już stoi, pozostało dokończyć domki. Powstały także nowe alejki.

Jesień zbliża się do nas wielkimi krokami, dlatego korzystajcie z pogody i odwiedźcie Leśne Zacisze. Jest to wyjątkowe miejsce na mapie świętokrzyskiego. Tutaj po prostu trzeba być. Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się jeszcze tu przyjechać. Jesień w tym miejscu wygląda bajecznie.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

20 sierpnia 2019

Relacja z wycieczki do Warszawy - sierpień 2019.

Zamek Królewski w Warszawie. Fot: Erwin
W minioną niedzielę wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Warszawy. Podróż z Kielc zajęła nam niecałe 2 godziny. Najpierw poszliśmy na spacer do ZOO. Relacja z ogrodu dostępna jest w poście poniżej. Po 6 godzinach chodzenia byliśmy już padnięci. Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do centrum. Samochód udało nam się zaparkować przy ulicy Świętokrzyskiej. Stąd mieliśmy kilkaset metrów na obiad do Mc Donald's. Zjedliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę. Najpierw zwiedzaliśmy Krakowskie Przedmieście. Widzieliśmy Pałac Staszica, Uniwersytet Warszawski (staliśmy przy budynku, w którym to przed laty uczyła się Katarzyna Solska. Jej docentem był Marian Wolański), Pałac Prezydencki, Hotel Bristol, Hotel Europejski, Kościoły i kamienice. Po około 30 minutach marszu dotarliśmy do Placu Zamkowego. Spodziewałem się większego tłumu, ale jak wiecie nasza stolica nie przyciąga milionów turystów. Ogólnie na starówce był luz. Doszliśmy też do lodziarni Magdy Gessler. Za jedną porcję życzy sobie 7 zł. Stwierdziliśmy, że przesadziła. Zresztą dania w jej lokalach nie są tanie. I tutaj można powiedzieć, że Magda jest obłudna. Sama od gości oczekuje słonej zapłaty, ale jak jedzie na rewolucje to wytyka innym, że są za drodzy. Magdo - nie ładne tak!

Na Rynku Głównym zamoczyłem nogi w fontannie. Mam nadzieję, że syrenka nie będzie o to zła. Poczułem naprawdę wielką ulgę. Z Rynku udaliśmy się na Barbakan, a potem ulicami Nowego Miasta dotarliśmy na kolejny rynek. Tutaj był czynny sklep spożywczy, to zaopatrzyliśmy się w picie. Z Nowego Rynku blisko jest nad fontanny. Łukaszowi bardzo się one podobały. Idąc bulwarami dotarliśmy znowu na Stare Miasto. Na koniec udaliśmy się w kierunku Placu Piłsudskiego. Podziwialiśmy Teatr Wielki, Grób Nieznanego Żołnierza i pomnik schody. Ten ostatni to jakaś porażka. Nasz spacer zakończyliśmy w Ogrodzie Saskim. Do Kielc wróciliśmy na 22:00.

Warszawa to jedno z nielicznych miast na naszej mapie, z którego chętnie wyjeżdżamy. Kiedyś ją kochałem, a dziś jej nie lubię. Nie podoba mi się chaos architektoniczny, sposób bycia mieszkańców, huk, kurz, tłok, brak duszy miasta. Sami mieszkańcy są w stolicę zapatrzeni, ale ja jakoś nie mogę. Niby Warszawa da się lubić, ale najwyraźniej nie przeze mnie. Na pewno stolica ma urokliwe miejsca takie jak starówka, Łazienki, Wilanów. Jednak to za mało. Ubolewam, że nasza stolica na tle innych wypada blado. Stare Miasto jest za małe, by przyciągało tłumy. Na pewno te miejsca, które widzieliśmy nam się podobały. Szkoda tylko, że nie zdążyłem przejechać się metrem.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

Relacja z wycieczki do warszawskiego ZOO - sierpień 2019.

Antylopy bongo. Fot: Erwin
W minioną niedzielę wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do warszawskiego ZOO. Podróż zajęła nam niecałe dwie godziny. Na miejscu okazało się, że nie ma wolnych miejsc parkingowych. Samochód zaparkowaliśmy po drugiej stronie mostu Gdańskiego. Zanim dotarliśmy do kasy musieliśmy przebrnąć przez jarmark. Przed wejściem do ZOO kupicie zabawki, balony, magnesy, okulary przeciwsłoneczne i inną chińską tandetę. Bardzo nam się to nie podobało. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na festynie. Pan w kasie był nieuprzejmy. Nie zna słowa dzień dobry, dziękuję, proszę. Po prostu mruk. Za bilet zapłaciliśmy 30 zł każdy. Dodatkowo wziąłem sobie mapkę za 2 zł. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od pawilonu hipopotamów. Ledwo z niego wyszliśmy i już trafiliśmy na lodziarnię. Za lodami swój wybieg mają bongo. Przeszliśmy antylopy i znowu bar. Tym razem tak z niego śmierdziało, że nie szło wytrzymać.

Po antylopach bongo poszliśmy w kierunku serwali, surykatek, żyraf, pudu, jaguarów, insektarium i niedźwiedzia brunatnego. Później cofaliśmy się do mrówkojada, którego nie widzieliśmy. Następnie udaliśmy się do Herpetarium. Nie mogliśmy w spokoju obejrzeć gadów, bo dzieci tak darły gęby, że nie szło tego wytrzymać. Ludzi dużo, tłok, każdy idzie w swoją stronę. Głowa mnie rozbolała. To samo było w insektarium. Na pierwszym piętrze Herpetarium mieszkają już tylko żaby. Później udaliśmy się do alpak. Gdybym był złośliwy to kopnąłbym trzy razy w ogrodzenie i je rozwalił. Można się było na nim huśtać. Po prostu było w tragicznym stanie technicznym. Po alpakach zobaczyliśmy nahury, takiny, gorale i kondory królewskie. Obeszliśmy dookoła wybieg nosorożców i dotarliśmy do słoniarni. Na wybiegu były tylko 3 słonie. Czwarty gdzieś się zapodział. Zimą kiedy słonie są w pawilonie, to zamiast zwierząt goście oglądają rośliny. Bardzo tam zarosło. Wybiegi szympansów i goryli były puste. U tych pierwszych rosła wysoka trawa. Małpy tradycyjnie były w swoich pomieszczeniach wewnętrznych. Mam wrażenie, że one nigdy stamtąd nie wychodzą. Przed ptaszarnią jest woliera żurawia. Na próżno szukać informacji na ten temat. Za to tablica z lodami ma się bardzo dobrze.

Przed ptaszarnią zrobiliśmy sobie przerwę. Szyby hali wolnych lotów są zielone z brudu, a budynek traci tynk. W samym pawilonie nic się nie zmieniło. Siki wietnamskie zamieszkują wybieg bez trawy. Pandę wypatrzyliśmy śpiącą na gałęzi. W krainie Australii nie widzieliśmy kazuara. W akwarium powtórka z rozrywki. Wrzask dzieci i ich rodziców. Zmęczeni dotarliśmy do ptaków, flamingów, wydr, fok i niedźwiedzi polarnych. Miśków nie było na wybiegu, ale za to przeczytaliśmy, że ich ulubionym przysmakiem jest majonez. Od kiedy niedźwiedzie na wolności jedzą takie rzeczy? Moim zdaniem to skandal karmić miśki takim świństwem. Piżmowół z gorąca się położył, a wybieg danieli zarósł chwastami i innymi roślinami. Ogólnie ZOO już ich nie hoduje. Wybieg stoi pusty. Wilka grzywiastego też nie widzieliśmy. Na wybiegu ptaków też zarosły chwasty przez co nic nie widzieliśmy. Gepardy mają się dobrze, a na małpich wyspach nie ma już ptaków wodnych. Zresztą na wyspach nikogo nie widzieliśmy. Lemury katta spały w domu, gibbony zresztą też. Pingwiny schowały się za kamieniami, jeden osioł ma chorą nogę. U bizonów i żubrów żadnych zmian. Nie wiemy czy ZOO nadal ma oryksy szablorogie. Na wybiegu ich nie było, tablicy też. Jedynie widzieliśmy jednego bez rogów na wybiegu awaryjnym. Kobów nilowych było sporo. Zebry tylko dwie, wielbłądy trzy, jaki trzy. na koniec widzieliśmy też osły somalijskie. Na wybiegu koni Przewalskiego znajdowało się dużo odchodów. Zlikwidowano przylegający do nich wybieg kóz. Lwa i tygrysa widzieliśmy śpiącego w oddali. Pantery śnieżnej nie było na wybiegu. Zwiedzanie ZOO zajęło nam około 6 godzin. Ciężko się tutaj chodzi. Pomiędzy wybiegami jest dużo wolnej przestrzeni.

Ogólnie ZOO wygląda tragicznie. Nie rozumiem jak można było doprowadzić ogród do takiego stanu. Średnio co kilkanaście metrów stoi bar.  Na terenie całego ZOO nie czułem zapachu zwierząt, roślin, tylko smród starego oleju, czy ciepłej kiełbasy. Nie wiem co się stało i dlaczego zamiast zwierząt postawiono na gastronomię. Ponad połowa tych lokali powinna zniknąć. Ludzie zamiast oglądać zwierzęta to siedzą i jedzą. Zwierzaki zeszły na bardzo daleki plan. Zamiast tablic edukacyjnych to widziałem informacje, którędy na lody. gofry itd. To nie było ZOO - tylko jakiś bazar. Orły zamieszkują skandalicznie małą klatkę. Nie mają nawet jak fruwać. Za kilka milionów wyremontowano alejkę, zamiast poprawić byt zwierzętom. Ta inwestycja to klapa. Chodząc po ZOO ma się wrażenie, że jest stare, zaniedbane, zniszczone, biedne. Klatki wyglądają obskurnie, wybiegi bez trawy. Jak na stolicę to ZOO przynosi nam ogromny wstyd. Obecny dyrektor chyba zapomniał gdzie pracuje. Według mnie powinien on odejść z ogrodu. Miasto też obiecywało poprawę i nowe inwestycję, ale jak widać na słowach bez pokrycia się skończyło. Przed wyborami każdy jest mądry.

ZOO ma za mało miejsc parkingowych. My znaleźliśmy dziki parking przy Wybrzeżu Puckim. W tym ZOO na pewno nie odpoczniecie. Wrzask dzieci i ich rodziców skutecznie was zniechęcą do przebywania w ogrodzie. Do tego dochodzi huk samolotów i samochodów. Momentami bolały nas uszy. Niestety muszę to przyznać, ale warszawskie ZOO jest najgorszym ogrodem jaki widziałem w Polsce. Wiem, że takie same wrażenia miałbym po wizycie w Poznaniu. Nie polecam Wam tego ZOO. Tutaj nie warto przyjeżdżać.

Podczas spaceru nie udało nam się zobaczyć mrówkojada, manula, koczkodana Diana, niedźwiedzi polarnych, wilków grzywiastych, panter śnieżnych, jaguarów.

Wybieg jaguarów jest tak zarośnięty, że nie idzie tam nic zobaczyć. ZOO zlikwidowało Baśniowe ZOO, czyli tak zwane Mini - ZOO. Nie ma już zwierząt domowych.

Od mojej ostatniej wizyty (3 lata temu), praktycznie nic się tu nie zmieniło. ZOO wzbogaciło się jedynie o ursony, za to straciło daniele i inne zwierzaki domowe. Kolejna wizyta będzie znowu za kilka lat. Przy obecnym podejściu władz ogrodu myślę, że moja relacja również będzie negatywna. Nie wiem za co ZOO bierze 30 zł. Zwierząt mało, krzyk dzieci, bar na barze, jarmarki i te sprawy. Ogólnie ten ogród to jakaś pomyłka. Obejrzyjcie zdjęcia i sami wyrobicie sobie zdanie, choć wiele miejsc nie fotografowałem.

P.S
Siedzimy na ławce i nagle widzimy matkę z synem. Mały prosi by mama zaprowadziła go do goryli, bo chciałby je zobaczyć. Usłyszał od mamy, że ta nie wie gdzie są goryle, ale widziała lody więc tam teraz pójdą...

Goście stołecznego ZOO zamiast oglądać zwierzęta to jedzą jakby nigdy jedzenia nie widzieli. Biznes się kręci.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.