19 września 2018

Relacja z wizyty w EuroLunaparku w Kielcach - wrzesień 2018.

Karuzela ekstremalna Kamikaze. 
We wtorek wybrałem się do czeskiego lunaparku, który prawdopodobnie stacjonuje w Kielcach od poniedziałku. EuroLunapark to niewielkie przedsiębiorstwo, które co roku przyjeżdża do stolicy świętokrzyskiego. Do tej pory lunapark stacjonował w Kielcach na przełomie maja i czerwca. Tym razem karuzelnicy przyjechali w drugiej połowie września. Tradycyjnie swoje urządzenia rozstawili na parkingu centrum handlowego Pasaż Świętokrzyski. Dziś każdy klient będzie mógł kupić bilet na dowolną atrakcję za połowę ceny.

Oferta lunaparku od lat jest taka sama. Dzieci mogą skorzystać z eurobungee, kolejki, basenu z piłkami, dmuchańca, małej karuzeli łańcuchowej, gabinetu śmiechu, czy loterii pełnej nagród. Stefa familijna obejmuje karuzelę łabędzie i AutoDrom. Dorośli mogą skorzystać z Kamikaze. Nie zauważyłem też by w taborze zaszły jakieś zmiany. Ponadto do dyspozycji gości są stoliki z parasolkami, gdzie można w spokoju i wygodzie zjeść i napić się. 

Chętnych do skorzystania z karuzel nie było. Do wesołego miasteczka przyszła garstka ludzi, która korzystała z eurobungee, karuzeli łabędzie i AutoDromu. Później widziałem kręcącą się Kamikaze. Pogoda dopisała i w najbliższych dniach nic nie zapowiada się na to, by miała się pogorszyć. Jeśli rzeczywiście upały się utrzymają to bliżej weekendu gości nie powinno zabraknąć. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

17 września 2018

Relacja z wycieczki do Zalipia i Tarnowa - wrzesień 2018.

Rynek w Tarnowie w tle Ratusz. 
Niedzielny piękny dzień postanowiłem z rodziną spędzić w Małopolsce. Tym razem odwiedziliśmy Zalipie i Tarnów. Obie te miejscowości widzieliśmy po raz pierwszy. Zalipie to niewielka wieś położona 33 km na północny zachód od Tarnowa. Wioska ta słynie z malowanych domów. Miejscowi mówią, że domy zostały udekorowane ponieważ często się brudziły. Ile w tym prawdy tego nie wiadomo. Pewne jest to, że działa lokalnych gospodyń znane są nie tylko w Polsce. Wczoraj rano we wsi zjawiła się grupa francuzów, która fotografowała każdy pomalowany dom. Czytając liczne przewodniki byłem przekonany, że każdy dom w Zalipiu jest kolorowy. Niestety tak nie jest. Osobiście widziałem mniej niż 10. Kolorowe kwiaty często zdobią tylko fragmenty domów. Obok Domu Malarek jest ogród, a w nim replika chaty pomalowanej w kwiaty. Udekorowano także studnię, wiadro i drzewa. Pięknie komponuje się także altanka. Muzeum Felicji Curyłowej obecnie jest nieczynne. Replika kuchni jej domu dostępna jest w Muzeum Etnograficznym w Tarnowie. Zalipie to urokliwa wieś, gdzie życie toczy się powoli. Spacerując podziwiać możemy nie tylko piękne domy, ale także pola, sady i zwierzęta. Piejące koguty nadają styl tej miejscowości. Warto się tutaj zatrzymać i podziwiać talent miejscowej ludności. Mówi się, że czynnie malujących kobiet jest obecnie 30. Najwięcej informacji na temat wsi i jego mieszkańców dowiecie się od ludzi, którzy tam mieszkają. Czasem nie warto sugerować się tym co piszą w internecie. Nam się tutaj podobało.

Muzeum Etnograficzne (Romskie) w Tarnowie. 

Zwiedzanie Tarnowa rozpoczęliśmy od Muzeum Etnograficznego. Znajduje się ono przy ulicy Krakowskiej blisko rynku. W niedzielę wstęp na wystawę stałą jest bezpłatny. Ulgowo pobiera się opłatę za zwiedzanie odtworzonej kuchni Felicji Curyłowej. Koszt to 5 zł. W kasie muzeum można kupić karnet na inne placówki należące do miasta, ale w niedziele nie opłaca się go kupować. Kosztuje on 16 zł, a tego dnia wystawy stałe są bezpłatne. Na pewno przyda się on na tygodniu, gdzie nie ma promocji. 

Muzeum Etnograficzne skupia się głównie na kulturze, tradycji i historii Romów. Jak się okazuje w Polsce nie są oni już tak liczni jak kiedyś. Obecnie w samym Tarnowie pozostały już tylko dwie rodziny. Większość Romów żyje w górach w okolicy Limanowej. Język romski jest nie lada zagadką. Jak się okazuje społeczność ta mimo, iż teoretycznie jest jedna to w zależności od tego skąd pochodzą władają w różnych językach. W Polsce żyło lub nadal żyje kilka różnych szczepów rodu cygańskiego. Każdy ma swój język, który brzmi inaczej. Przeglądając tablice zauważyłem, że jeden szczep ma podobną nazwę do narodu węgierskiego. Jak się okazało zagadką do dziś pozostaje pochodzenie Węgrów. Nie wyklucza się, że mają oni korzenia Romskie. Nikt na razie nie potrafił wytłumaczyć mi ile Roma jest w Węgrze. Muzeum oferuje stroje ludowe, zdjęcia, dane na temat Romów itd. Na podwórku stoi kilka przyczep, którymi podróżowali Romowie. Wyglądają fajnie. Przewodniczki Muzeum wspomniały, że muzyka Romska jaką znamy z telewizji nijak ma się do prawdziwej muzyki Cyganów. Prawdziwi Cyganie grają tylko dla siebie i ich dźwięki usłyszeć można tylko wtedy, gdy przebywa się w ich taborze.  

W drugiej części Muzeum znajduje się odtworzona kuchnia Felicji Curyłowej. Opłata za jej zwiedzanie w niedzielę wynosi 5 zł. Jest to fragment jej domu z Zalipia, gdzie obecnie trwa remont. Nawet w domach malarki na ścianach malują kwiaty. Widać taka ich kultura. Muzeum nam się podobało i zachęcamy was do jego zwiedzania. W weekendy parking przy ulicy Krakowskiej jest bezpłatny tak więc za darmo postawicie samochód na wprost muzeum. 

Tarnów 

Po wyjściu z Muzeum udaliśmy się na Plac Sobieskiego. Jego wizytówką jest zabytkowy tramwaj, gdzie obecnie mieści się kawiarnia. Tramwaj podobno jest oryginalny i pochodzi z czasów, kiedy to w Tarnowie na co dzień podróżowało się właśnie Tramwajem. Jedna linia została zlikwidowana dawno teamu. Dziś pozostał po niej jedynie ślad w postaci odznaczeń na ulicy, po której on jeździł. Ulica Wałowa to ulubione miejsce wypoczynku tarnowian. Przez około 2 kilometry spaceruje się wzdłuż pięknych kamienic. Budynki zrobiły na nas ogromne wrażenie. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w mieście turystycznym, gdzie zabytek goni zabytek. Jednak Tarnów nie przyciąga tłumów. Na mieście można spotkać jedynie mieszkańców miasta. Na Wałowej zobaczycie liczne zdobienia kamienic, pomnik Józefa Bema, replikę przystanku tramwajowego, pomnik Romana Brandstaettera. Będąc już na końcu Wałowej skręciliśmy w Dębową. Zaprowadziła nas ona do Starej Żydowskiej Łaźni. Obecnie znajduje się tam restauracja "Stara Łaźnia", serwująca kuchnię żydowską. Lokal brał udział w słynnym programie "Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler". Słynna restauratorka twierdzi, że to właśnie tutaj zjemy najlepszą w Polsce kuchnię żydowską. Ze Starej Łaźni poszliśmy w okolice rynku. Zanim do niego doszliśmy zwiedziliśmy Skwer Dawnej Synagogi i zjedliśmy obiad w restauracji "Pyza", przy ulicy Wekslarskiej. Danie dnia kosztuje tutaj 18 zł plus 2 zł kompot. Jedzenie jest świeże i smaczne. Polecamy wam tą restaurację. 

Wizytówką zabytkowego rynku jest ratusz. Zwiedziliśmy darmową ekspozycję stałą Muzeum Okręgowego i w cenie 10 zł weszliśmy na wieże widokową. Wieża ma 36 metrów i widać z niej całą panoramę miasta. Na szczycie jest przewodnik, który chętnie opowie o mieście. Nam udało się dowiedzieć, że Tarnów jest nazywany przez mieszkańców Małym Krakowem. Ogólnie tarnowianie czują się blisko spokrewnieni z krakusami. Większość młodzieży wyjechało z Tarnowa i na stałe osiedliło się w Krakowie gdzie studiują i pracują. Z dworca autobusowego co 30 minut odjeżdżają autobusy do stolicy Małopolski. W wielu przewodnikach, czy na Wikipedii napisano, że w Tarnowie mieszka od 110 do 120 tysięcy mieszkańców. Według przewodnika dziś w Tarnowie mieszka mniej niż 100 tysięcy ludzi. Brak miejsc pracy spowodował ucieczkę lokalnej ludności na rzecz silnych ośrodków przemysłowych. Z rynku blisko jest do Katedry. Jej wieża sięga 72 metrów. Wokół kościoła są piękne kamienice. Po południu udaliśmy się szlakiem drewnianych kościołów. W jednym z nich przy ulicy Świętej Trójcy pani przewodnik opowiedziała nam o historii drewnianych kościołów, o stylu ich budowy i ojcach założycielach. Następnie wskazała nam drogę na Wzgórza Świętego Michała. Na ich szczycie znajdują się ruiny zamku. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek i podziwiania całej panoramy miasta. Z góry widać jak Tarnów przypomina Kraków. Wzgórza to ulubione miejsce mieszkańców miasta. Zakochani tulą się tutaj całymi godzinami. Wieczorem wróciliśmy do centrum. Na koniec naszej wycieczki udaliśmy się na Dworzec Kolejowy. Uważany jest za najpiękniejszy w kraju. I coś w tym musi być, Nocą wygląda przepięknie. Z Tarnowa zabrał bym do Kielc rynek i właśnie dworzec. Musicie go sami zobaczyć. Kolacje chcieliśmy zjeść w Mc' Donald's, ale w obu odwiedzonych przez nas restauracjach czas oczekiwania na realizację zamówienia wynosił godzinę. Nie chcieliśmy tyle czekać. Pracownicy tłumaczyli to dużą frekwencją w lokalu i małą liczbą pracowników.  Nocą Tarnów zaczyna życie. W restauracjach brakuje miejsc, na ulicach robi się tłoczno. Nie spodziewałem się, że za dnia miasto jest senne, a w nocy żyje. To tak jak na zachodzie. 

Z Kielc do Tanowa jest zaledwie 120 km. Nie wiem dlaczego wybrałem się tutaj po prawie 30 latach swojego życia. Według nas Tarnów jest piękny, ale nadal nieodkryty. Piękne kamienice i liczne zaułki jak i place zachwycają na każdym kroku. Warto odwiedzić Tarnów i tak jak my się w nim zakochać. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są:
Zalipie kliknij TUTAJ.
Muzeum Etnograficzne (Romskie), kliknij TUTAJ.
Tarnów kliknij TUTAJ.

10 września 2018

Relacja z wycieczki do Szczebrzeszyna i Zamościa - wrzesień 2018.

Ratusz na Rynku Głównym 
W minioną sobotę wybrałem się z rodziną na wycieczkę do Szczebrzeszyna i Zamościa. Podróż z Kielc zajęła nam nieco ponad 3 godziny. Pierwszym punktem na naszej trasie był Szczebrzeszyn. Miasto to znajduje się 20 km przed Zamościem. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy rynku. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od rynku, gdzie znajduje się pomnik chrząszcza. Nie jest on pierwotną rzeźbią, która stała się symbolem tego miasta. Pierwszego chrząszcza zobaczycie przy starym młynie. Rzeźba została wykonana z drewna i według mnie wygląda lepiej. Szczebrzeszyn rozsławił wiersz Jana Brzechwy "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn z tego słynie". Wystarczy jedna dowolna postać, by miasto stało się sławne. Na rynku mieści się także muzeum starych zegarów oraz kościół. Jest też kilka niskich kamienic, w których mieszczą się sklepy i punkty usługowe. Zajrzeliśmy także do wspomnianego wcześniej drewnianego chrząszcza oraz starego młyna. Oba te punkty znajdują się na przeciwko siebie. Obok młyna płynie rzeka Wieprz. Szum wody jest nie do opisania. Poczułem się jak w górach.  Byliśmy także w drugim kościele, ale jego zwiedzanie było niemożliwe ze względu na chrzciny i inne uroczystości religijne. Widzieliśmy zabytkowy Miejski Dom Kultury, gdzie również były rzeźby chrząszczy oraz cerkiew. Szczebrzeszyn to miasto, gdzie życie toczy się wolniej niż w sąsiednim Zamościu. Warto tutaj zajrzeć w drodze do stolicy Roztocza. Zwiedzanie Szczebrzeszyna zajęło nam godzinę.

Zamość. 

Kolejnym punktem naszej wycieczki był Ogród Zoologiczny im. Stefana Millera w Zamościu. Relacja ze spaceru dostępna jest w poniższym poście. Po południu pojechaliśmy na Stare Miasto. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu przy ulicy Szczebrzeskiej. Stąd udaliśmy się na wieże kościelną skąd podziwialiśmy panoramę miasta. Wstęp dla osoby dorosłej kosztuje 3 zł, dla dziecka 1,50 zł. Później poszliśmy na rynek, który jest wizytówką tego miasta. Kamienice są tutaj przepiękne, kolorowe, ciekawie zdobione. Niewątpliwie numerem jeden jest słynny ratusz. Rynek kojarzy mi się także z jedną ze scen filmu Wkręceni. Jest to najpiękniejszy plac w Zamościu, gdzie poza zabytkami są tu również restauracje i punkty z pamiątkami. Później udaliśmy się na ulicę Grodzką. Jak już tu będziecie nie zapomnijcie zajrzeć w każdą bramę. Niektóre z nich ucieszą wasze oko. Skrywają wiele pięknych zakątków. Idąc prosto ulicą Grodzką doszliśmy do Twierdzy. Zwiedzanie z przewodnikiem kosztuje 10 zł. Obok Twierdzy jest również zabytkowa Brama Lwowska i kościół rzymskokatolicki. Przy ulicy Żeromskiego zjedliśmy obiad w restauracji Polonia. Za zupę zapłacicie od 5 do 10 zł, za drugie danie do 23 zł. Rodzinie posiłek smakował, natomiast mnie nie bardzo. Nie polecam wam kotleta schabowego z burakami i ziemniakami. Po tym daniu było mi ciężko. Ja do tej restauracji już nie wrócę, a rodzina jak najbardziej tak. Każdy z nas jadł co innego i może dlatego oni dostali smaczniejsze jedzenie, a ja nie.

Przy ulicy Żeromskiego znajduje się Rynek Wodny. Jest to miejsce spotkań mieszkańców miasta. W tym miejscu rozstałem się z rodziną. Oni poszli na Rynek, a ja obszedłem liczne boczne uliczki. Zobaczyłem klasztor Klarysek, Rynek Solny, Nową Bramę Lubelską, Mury Obronne, Starą Bramę Lubelską, Pomnik Dzieci Zamojszczyzny, Park Miejski, zabytkowe liceum, Pomnik Jana Zamoyskiego. Wieczorem pojechaliśmy na zakupy do centrum handlowego Carrefour Lwowska oraz Galeria Twierdza. Do Kielc wróciliśmy około północy.

Zamość to według mnie piękne i spokojne miasto. Starówka nienależy do największych, ale jest bardzo urokliwa. Ma swój klimat i styl. Mógłbym się delektować jej pięknem przez cały dzień. Zamość musi mieć dobrego gospodarza, gdyż jako miasto jest bardzo czyste. Mimo sławy nie jest tu tak tłoczno jak w Krakowie. Najwięcej turystów jest tutaj w sezonie wakacyjnym. Ja po raz kolejny wybrałem się tu we wrześniu. Zamość uważam za jedno z najpiękniejszych miast jakie w życiu widziałem. Mógłbym tutaj mieszkać. Polecam wam wycieczkę do tego małego, ale jakże pięknego królestwa.

Na pewno jeszcze nie raz tutaj wrócę :)

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są w linkach poniżej.
Szczebrzeszyn kliknij TUTAJ.
Zamość kliknij TUTAJ.

Relacja z wycieczki do ZOO w Zamościu - wrzesień 2018.

Zebra równikowa. 
W sobotę wraz z rodziną wybrałem się na wycieczkę do Zamościa. Część z nas rozpoczęła zwiedzanie miasta od ogrodu zoologicznego, a pozostali poszli na zakupy. Ostatni raz zamojskie ZOO odwiedziłem dwa lata temu. Byłem ciekaw jakie zmiany zaszły od mojej ostatniej wizyty. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu tuż obok kasy głównej. Za bilet zapłaciliśmy 20 zł. To o 2 zł więcej niż przed dwoma laty. W kasie otrzymaliśmy bezpłatną mapkę, która jest mało przejrzysta. Dobrze, że ZOO znam na pamięć to mogłem mapkę schować do torby i zostawić sobie na pamiątkę. Zwiedzanie ogrodu rozpocząłem od wybiegu niedźwiedzi. Poszedłem tą samą trasą co poprzednio. Nie ma tutaj wyznaczonej głównej trasy zwiedzania. Jednak układ alejek powoduje, że chcąc nie chcą każdy idzie tą samą drogą. Zwiedzanie ZOO jest łatwe. Układ alejek nie sprawi, że się pogubicie. Spacer po ogrodzie zajął nam 5 godzin. To dużo jak na najmniejszy w Polsce ogród zoologiczny. Zwiedzających tego dnia było sporo. Pogoda dopisała dlatego ludzie przyszły. Większość gości to mieszkańcy Zamościa lub okolic. Turystów z poza lubelskiego to za wielu nie widziałem. W między czasie obok wybiegu wielbłądów znajduje się bufet. Zamówiliśmy gofry i powiem wam, że warto się na nie skusić. Plusem jest to, że owoce nie są z puszki tylko z krzaka.

Od mojej ostatniej wizyty niewiele się zmieniło. W ogrodzie nie zobaczymy już lam, fenka, żenety, czy kota argentyńskiego. Nie udało nam się podziwiać tapira, oryksów szablorogich, kudu mniejszego, nial grzywiastych, pancerników, wielbłądów, ostronosów rudych, licznych gatunków ptaków. Na wybiegu lwów była tylko lwica. Samca nie było ani na podwórku, ani w pawilonie. Sprowadzono drugą gazelę mhor, powiększono stadko mar patagońskich. Nowością się najmniejsze na świecie antylopy dikdik. Wybudowano również nowy dom dla pelikanów i ibisów. Zlikwidowano wybieg świń rzecznych, obecnie zrobiono tam ogród. Trwają również prace przy wyburzeniu starych wolier dla ptaków drapieżnych. Zmodernizowano jeden ze stawów wodnych. Utworzono pomost nad wodą. Przy wejściu od strony ulicy Dzieci Zamojszczyzny stoją dwie woliery. W jednej są pawie, a w drugiej dikdiki. Apelujemy do dyrekcji ZOO o likwidację tych wolier. Dikdiki zajmują ciasną klatkę pozbawioną roślinności. Jest to najsłabszy punkt ZOO, który wymaga szybkiego działania, gdyż psuje ono obraz ZOO. Mary patagońskie opuściły już tą obskurną wolierę zamieszkały ze strusiami nandu. Liczba łaskunów sumatrzańskich zwiększyła się z 2 do 4 osobników. Warto wspomnieć, że są to jedyne egzemplarze w polskim ZOO.

Ogólnie warunki do życia zwierząt w ZOO są bardzo dobre. Teren ogrodu jest czysty, zadbany i zielony. Fajne ZOO, które możemy wam polecić bez owijania w bawełnę, że coś jest nie tak. Tutaj warto być!

Na terenie ZOO znajdują się liczne stragany, pierogarnia, park linowy i mała gastronomia.

W różnych punktach ZOO znajdują się tablice przypominające o setnych urodzinach ZOO. Można również zagrać w grze plenerowej, uzbierać pieczątki i wygrać nagrody.

Minusem zamojskiego ZOO jest to, że część zwierząt wchodzi do swoich domków i nie można ich w ogóle zobaczyć. Pawilony zostały wybudowane tak, by widz nie mógł do niech wejść. W ten sposób zwiedzający snują rożne teorie. Jedna z nich zakłada, że danego zwierzęcia w ogóle nie ma w ZOO. Specjalnie jechałem do Zamościa by zobaczyć kudu mniejsze, a tu klaps. Zwierze nie wyszło ze swojego domku i zastałem pusty wybieg. Rozumiem, że zwierzęta potrzebują jak najwięcej naturalnego klimatu, ale trzeba zrozumieć też gości. Skoro płacimy za bilety to chcemy oglądać zwierzaki, a nie puste klatki.

Ogólnie ZOO mnie się podoba i chętnie jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Warto tu przyjechać i miło spędzić dzień w otoczeniu nie tylko zwierząt, ale i pięknych roślin.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

03 września 2018

Relacja z wycieczki do Opawy i Hradka nad Moravici - wrzesień 2018.

Kamienica w centrum Opawy
W dniu wczorajszym wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Czech. Celem naszej podróży była Opawa i Hradec nad Moravici. Zanim rozpoczęliśmy zwiedzanie Opawy poszliśmy do cyrku, który stacjonował w tym mieście. Więcej o spektaklu przeczytacie w poniższym poście. Na spacer po mieście poszliśmy około godziny 14:00. Na niebie nie było słońca, za to cały czas przypatrywaliśmy się na chmurom z nadzieją, że nie będzie padać. Udało nam się zobaczyć Opawę bez konieczności używania parasola. Nie pytajcie nas na jakich ulicach byliśmy, bo te jak zawsze wypadły nam z głowy. Na pewno zajrzeliśmy na rynek, deptak, do parku i na jeden z placów miejskich. Dwa lata temu kiedy byłem tutaj z rodziną widziałem zaledwie rynek i deptak. Wieczór spędziłem wówczas w cyrku. Wtedy myślałem, że Opawa nie ma nic do zaoferowania turyście. Kilka ładnych kamienic i to wszystko. Tym razem było inaczej. Nie mogłem uwierzyć, że poprzednim razem opuściłem tyle pięknych miejsc. Opawa mnie zauroczyła. Szedłem licznymi ulicami i za każdym razem odkrywałem coś nowego. Kamienice rozproszone po całym mieście są naprawdę piękne. Najciekawsze należą do Uniwersytetu Śląskiego. Według mnie starówka Opawy prezentuje się zdecydowanie lepiej od tej w Ostrawie. Turystów tutaj mało, więc przyjeżdżajcie zanim inni wypromują to miasto i zrobi się tłoczno. Na pewno jeszcze tutaj wrócę bo nie odkryłem wszystkich miejsc. Podczas spaceru natknąłem się na ekipę telewizyjną. Kręcili kolejny odcinek jakiegoś serialu. Taki widok zobaczyłem pierwszy raz.

Gorzej wygląda opawska gastronomia. Nie udało nam się dotrzeć do jakieś ciekawej restauracji. Te, które mijaliśmy były obskurne i puste. Ostatecznie obiad zjedliśmy w Mc Donald's.

Hradek nad Moravici 

Około godziny 16:30 pojechaliśmy do sąsiedniego Hradka nad Moravici. Jest to niewielkie miasteczko oddalone od Opawy o około 14 km. Na szczycie góry znajduje się okazale zachowany zamek i pałac. Przed laty wypoczywał tutaj sam Beethoven. Miejsce to jest godne polecenia. Zwiedzanie pałacu to koszt 30 koron. My dotarliśmy tutaj już po zamknięciu go. Udało nam się zobaczyć jedynie wystawę makiet, która jest bezpłatna. Wczoraj kręciło się po zamku sporo turystów z Polski. Nasi Rodacy tak jak my lubią tutaj przebywać. Parking obok zamku jest płatny, dlatego my zostawiliśmy samochód w centrum miasteczka. Spacer na szczyt zajął nam kilka minut. Po drodze mijaliśmy dwie szkoły, kościół, domostwa i restauracje. Pogoda nam nie dopisała dlatego nie udało nam się podziwiać panoramy okolicy. Hradek otoczony jest pięknymi górami, rzeką o potokami. Jest to bajkowe miejsce do zamieszkania. Jak dla nas prawdziwy raj blisko polskich granic. Obok zamku są też kamienice, gdzie można kupić pamiątki. Oczywiście przy nas wszystko było zamknięte. Główny plac zdobi fontanna. Zamek jest obecnie w remoncie.

Zakupy w Opawie 

Wieczorem ponownie wróciliśmy do Opawy. Tym razem na zakupy. Najpierw poszliśmy do hipermarketu Tesco, który znajduje się w remontowanym centrum handlowym Silesia. Później podjechaliśmy do niemieckiego hipermarketu Globus. W tym markecie mają najlepsze promocje. Kupiliśmy niedobre słodycze, moją ulubiona wodę smakową Mattoni oraz piwo. Warto zachować butelki po piwie i przy następnej wycieczce oddać je do automatu, który stoi praktycznie w każdym dużym sklepie. Za każdą butelkę otrzymacie zwrot w wysokości 3 koron. Automat nie wydaje pieniędzy tylko kupon na zakupy w danym sklepie. Jak butelki oddacie w Tesco to kupon realizujecie w Tesco, jak w Globusie to ważny jest w Globusie.

Do Kielc dotarliśmy kilka minut po godzinie 23:00. Ruch na trasie był mały. Jesteśmy zadowoleni z tej wycieczki.

Zdjęcia mojego autorstwa z Opawy dostępne są TUTAJ.
Zdjęcia mojego autorstwa z Hradka dostępne są TUTAJ.

Relacja z wizyty w czeskim cyrku Jo Joo - wrzesień 2018.

Cirkus Jo Joo Opawa 2018
W dniu wczorajszym wybrałem się z Łukaszem na wycieczkę do Czech. Celem naszej podróży była Opawa. Pojechaliśmy tam ze względu na stacjonujący w mieście Cyrk Jo Joo. Podroż z Kielc zajęła nam mniej niż 4 godziny. Na miejscu byliśmy kilka minut przed godziną 10. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu centrum handlowego Breda. Tuż za galerią swój namiot rozbili cyrkowcy. Około godziny 10:00 byliśmy już w cyrku. Kupiliśmy bilety na sektor B w cenie 250 koron. Do namiotu zaczęto wpuszczać 40 minut przed przedstawieniem. W dniu wczorajszym Jo Joo zagrał tylko jeden spektakl w Opawie. Niedzielne przedstawienia w czeskich cyrkach odbywają się zazwyczaj o 11:00 lub 12:00. Po programie zaczyna się rozbiórka namiotu i przygotowania do odjazdu. 

Na żywo cyrkowe miasteczko wygląda zupełnie inaczej niż na zdjęciach. Byłem przekonany, że namiot ma 32 metry średnicy. Na miejscu okazało się, że jest co najwyżej 26 metrowy. Wewnątrz cyrku jest ładnie. Widać, że wszystko zostało starannie zaprojektowane. Nad elegancką kurtyna zawisł telebim skąd wyświetla się filmy przedstawiające cyrk od kulis oraz akcje, które promuje dyrekcja. Oświetlenie jest ledowe i bardzo efektowne. Minusem jest rozwalający się amfiteatr. Frekwencja wyniosła około 90 procent. Cyrkowe ZOO kosztuje 30 koron i jest bardzo ubogie. Widziałem 4 duże tygrysy i 5 małych, dwie pumy, jedną lamę, kilka kucyków, dwie papugi, jednego węża, jednego krokodyla i kilka kóz. Cennik według mnie jest przesadzony. Wydaje mi się, że jest to najdroższy cyrk w Czechach. Jednak cena nie idzie w parze z jakością. Jo Joo to specyficzny cyrk, gdzie większość programu wypełnione jest teatrem. Bilet do loży kosztuje 390 koron (konkurencja bierze maksimum do 350 koron, jednak najczęściej pozostali zatrzymują się na 330 koronach.). Za sektor A trzeba zapłacić 350 koron ( u konkurencji za te pieniądze ma się loże), sektor B kosztuje 250 koron (tyle co normalny w innych cyrkach). Dziwi mnie to ponieważ dyrekcja nie ma na utrzymaniu tylu zwierząt jak i ludzi co inni. Myślę, że tu chodzi o renomę jaką przed laty zdobył Jo Joo. Uważam, że jest to lekka przesada gdyż program jest na średnim poziomie. 

Tegoroczny program wygląda następująco: 

Część 1 
Parada powitalna w formie przedstawienia teatralnego
Gimnastyka na trapezie 
Repryza komiczna w formie teatru 
Żonglerka obręczami hula- hoop 
Pokaz pum 
Repryza komiczna w formie teatru 
Groteska piłką w stylu niemowlaka 
Fakir show - wąż, krokodyl, połykacz ognia 
Repryza komiczna 
Pokaz kucyków 
Trio akrobatyczne 

Podczas 20 minutowej przerwy można zobaczyć zwierzyniec, kupić słodycze, napoje, popcorn i zabawki. 

Część 2 
Pokaz tygrysów bengalskich 
Śpiewający komik 
Pokaz akrobatyczny na niskich linach poziomych (lina zastąpiona jest pasami) 
Repryza komiczna z udziałem publiczności 
Człowiek guma 
Żonglerka maczugami 
Taniec akrobatyczny 
Finał. 

Po programie na arenie obywają się przejażdżki na kucykach. Można również zrobić sobie zdjęcie z papugą. 

Przed programem wyświetlany jest film o czeskich strażakach i policjantach. Nie wiem czemu on ma służyć. Przekaz był dla nas nie zrozumiany. 

Wszystkie pokazy akrobatyczne nam się podobały. Nie ma słabego i mocnego numeru. Wszystkie są na jednym poziomie. Tutaj doczepić się do niczego nie można. Repryzy komiczne były nudne. Nawet Czesi się z nich nie śmiali. Przed każdym występem jest wstęp w postaci sceny teatralnej lub tańca. Pokazy z udziałem zwierząt są słabe. Choreografia pierwsza klasa. Do każdego numeru ciekawie dobrano muzykę i światła. Nie ma konferansjera. Program trwa dwie godziny i dwadzieścia minut z czego godzina to nic innego jak teatr w czystej postaci. Nie tego się tutaj spodziewaliśmy. 

Nadal mam mieszane uczucia po obejrzanym spektaklu. Niby akrobacje pierwsza klasa, choreografia bardzo dobra, te tańce, sceny teatralne w miarę ok, to jednak coś jest nie tak. Może za dużo było tego teatru, a za mało tradycyjnego cyrku. Na pewno brakowało nam zwierząt. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w czeskich cyrkach ich nie brakuje. W skali od 1 do 10 dałbym 5/10. Jo Joo na pewno nie będzie naszym cyrkiem pierwszego wyboru. Zapewne jeszcze tutaj kiedyś wrócimy. Choćby dla tych ciekawych akrobacji. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

24 sierpnia 2018

Relacja z wycieczki do Kromieryża - sierpień 2018.

Kromieryż
Po udanym zwiedzaniu ogrodu zoologicznego udaliśmy się do Kromieryża. Jest to 30 tysięczne miasto położone 30 km od ZOO. Samochód zaparkowaliśmy na parkingu obok gimnazjum. Po południu strefa płatnego parkowania jest bezpłatna. Z ulicy 1 maja na rynek jest bardzo blisko. Zaledwie 10 minut spokojnego truchtu. Na deptaku zjedliśmy pyszne lody z automatu. Polecam te cytrynowe pomieszane z czekoladą. Później poszedłem na rynek, który ze wszystkich stron otoczony jest pięknymi i kolorowymi kamienicami. Góruje nad nim Pałac Arcybiskupi, który jest zabytkiem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Do 1643 roku w tym miejscu stał Zamek, który uległ zniszczeniu. Później za czasów biskupa Karola Lichtensteina budowla ta została przebudowana na rezydencję w stylu wczesnego barku. Pałac służył jako rezydencja biskupa i centrum administracyjne w Ołomuńcu. Wewnątrz budynku znajdują się zabytkowe sale ze stylowymi wnętrzami biblioteka oraz bogaty zbiór numizmatyczny. Później poszliśmy do ogrodów zamkowych. Obecny charakter park uzyskał w pierwszej połowie XIX wieku. Jego powierzchnia sięga 64 ha. Zobaczycie tutaj woliery z ptakami, pawianami, makakami, zagrodę danieli, osłów i kóz, indyki, kaczki, kury, perliczki, króliki, bażanty, pawie i wolno biegające wiewiórki oraz zające. Jest tu także Dwór Maksymiliański, Kolumnadę Pompejańską oraz Pawilon Chiński. 

Później poszedłem ulicą Pilarovą, Janską, Prusinowskeho i Riegrovo Namiesti. Na tej trasie widziałem liczne kościoły, zabytkowe kamienice i pomniki. Jak będziecie oglądać zdjęcia to spójrzcie na ład architektoniczny budynków na starym mieście. Jak z pewnością zauważycie nie są one napaćkane banerami reklamowymi jak w Polsce. Budynki są odnowione, schludne, niekiedy udekorowane rzeźbą lub malarstwem. Mnie zachwyciła prostota tych budowli. Fajnie by było gdyby u nas takich nie brakowało. Śmiało powinniśmy od Czechów brać przykład dbania o zabytki i serca naszych miast. Ponadto ciesze się, ze Czesi dbają o swoje otoczenie. Na ulicy próżno szukać śmieci. Każdy papierki wyrzucą do kosza. U nas to byłby zbyt piękny sen gdyby tak było. 

Kromieryż zauroczył mnie już dwa lata temu. Teraz odkryłem kolejne jego zakątki. Szkoda, że brakło mi czasu na Ogród Kwiatowy. Jest on kolejną wizytówką tego miasta. Wszystkim polecam to miasto. Z pewnością każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Jedni zabytki, drudzy tereny zielone itd. Stąd blisko jest do ZOO Zlin, czy Ołomuńca. 

Na zakupy pojechaliśmy do sąsiedniego Przerowa. W hipermarkecie Albert kupiliśmy piwa, alkohol, masło i inne produkty. 

Dlaczego będąc w ZOO nie pojechaliśmy do 80 tysięcznego Zlina? W końcu jest to stolica regionu, gdzie swój powiat ma miasto Kromieryż. Otóż Zlin to miasto pozbawione zabytków. Tutaj zobaczyć można jedynie bloki z wielkiej płyty. Starówki nie znajdziecie. Skoro miasto nie ma nic do zaoferowania turyście to pojechaliśmy tam gdzie tego typu atrakcji nie brakuje.

Z wycieczki jesteśmy zadowoleni i zapraszamy do odwiedzenia tego pięknego czeskiego miasta. 

Łącznie zrobiliśmy 800 km. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

Relacja z wycieczki do ZOO Zlin i Zamku Lesna - sierpień 2018.

Dumą ZOO są liczne gatunki ptaków. 
Po raz pierwszy do ogrodu zoologicznego w czeskim Zlinie pojechałem w sierpniu 2016 roku. Już wtedy powiedziałem sobie, że chętnie jeszcze tutaj wrócę. Według mnie jest to najpiękniejszy ogród zoologiczny jaki w życiu widziałem. Po raz drugi miałem się wybrać do Zlinia w przyszłym roku. Jednak nie wytrzymałem i pojechałem wczoraj. Tym razem zabrałem ze sobą rodzinę. Podróż z Kielc zajęła nam kilka godzin. Na miejscu byliśmy przed godziną 12:00. Każdy z nas za bilet zapłacił 150 koron. To o 20 koron więcej niż przed dwoma laty. Dodatkowo kupiłem mapkę w cenie 10 koron. Poprzednio płaciłem 5 koron. Samochód udało nam się zaparkować na jednym z bezpłatnych parkingów. Miejsca darmowe są ograniczone, ale nam na szczęście udało się znaleźć jedno wolne. Zwiedzających było od groma o czym świadczyła liczba zaparkowanych samochodów. Pogoda nam dopisała. Spacer rozpoczęliśmy od okolic Zamku. Później zgodnie z planem poszliśmy do Afryki, Azji, Australii i na Ameryce Południowej kończąc. Po około 6 godzinach byliśmy już zmęczeni. Jestem zadowolony z wizyty w ZOO. Moi bliscy stwierdzili, że jednak wolą ogród w Ostrawie. Tam mimo większej powierzchni wybiegi były blisko siebie. Szkoda, że nie docenili piękna tego miejsca. Mnie się tutaj bardzo podobało. Łukasz ma podobne zdanie co ja. Co prawda w tym roku go z nami nie było, ale przed dwoma laty wyrobił już sobie opinię o tym miejscu. 

Jak już wspomniałem ogród podzielony jest na strefy klimatyczne. Jedynie okolice Zamku są miejscem, gdzie spotyka się zwierzęta z różnych stron świata. I tak przy Zamku widzieliśmy pingwiny, flamingi, ptaki wodne, ptaki ozdobne, marabuty, manty, osiołka domowego miniaturowego, dzioborożce. W strefie Afryki podziwialiśmy turako, dzioborożce, sępy, marabuty, strusie afrykańskie, słonie afrykańskie, nosorożce białe, żyrafy, antylopy kudu wielkie, zebry równikowe, antylopy końskie, antylopę addaks, antylopy kob nilowy, lwy, krowy zebu, owce somalijskie, dżelady, liczne ptactwo, hieny cętkowane i ryby. Kontynent Azjatycki połączony jest z Madagaskarem. Tutaj podziwialiśmy lemury katta, tapira malajskiego, pandy małe, flamingi, wielbłądy dwugarbne, antylopy garna, tygrysa, niedźwiedzie himalajskie, sępy i inne ptaki. Australia to miejsce gdzie obejrzeliśmy psa dingo, papugi, walabie Benetta, emu, sowy, ptaki ozdobne, pelikany. Ostatnim punktem na naszej trasie była Ameryka Południowa. Widzieliśmy papugi, łabędzie czarnoszyje, kaczki, saimiri, tamaryny, wikunie, nandu szare, ostronosy rude, uchatki, pekari obrożne, ibisy, ariranie, liczne ptaki, mrówkojada olbrzymiego, tamanduę i kapibary. 

Podczas spaceru nie udało nam się zobaczyć guźców, antylop blesbok, surykatek (Afryka), gibbony (Azja), kazuary hełmiaste, kiwi (Australia), tapiry anta, leniwce, saki białolice, uistiti białouche (Ameryka Południowa). 

Od mojej ostatniej wizyty niewiele się zmieniło. Przy Zamku woliery, które kiedyś zamieszkiwały mangaby czarne, saimiri, tamadua zostały przebudowane. Dziś obie służą za dom dla dzioborożców i bazantów. Nie zobaczymy już mangab czarnych. W strefie Ameryki Południowej wybudowano nowe woliery dla papug, tamanduy, saimiri, tamaryn i innych ptaków. Woliera papug nie jest największą w Czechach jak pisano ostatnio w internecie. Jest ona zdecydowanie mniejsza od tej w Ołomuńcu. Poza osiołkiem domowym miniaturowym to nowych zwierząt nie ma. 

Do większości wolier dla ptaków można wejść i swobodnie się po nich poruszać. Można też zajrzeć na wybieg emu, walabi i owiec. 

Obecnie od strony Afryki budowana jest strefa Karibuni. Roboty budowlane nie idą zbyt szybko. Zobaczyć tam będzie można zwierzęta zamieszkujące ten region Afryki. Do 2020 w strefie Ameryki ma powstać wybieg dla jaguarów. W ubiegłym roku mieli otworzyć nowoczesny wybieg dla alpak. Do dziś nie powstał. 

Obiad jedliśmy w ZOO obok szklanego pawilonu dla zwierząt Ameryki Południowej. Drugie danie kosztowało nas 105 koron. 

Ozdobą ZOO jest mała architektura oraz piękne rośliny. Ogród jest czysty, zadbany i nowoczesny. Warto tutaj przyjechać. Z pewnością zakochacie się w tym miejscu tak samo jak ja. Już dziś mogę powiedzieć, że za kolejne dwa lata postaram się tutaj wrócić. 

Nie starczyło nam już czasu by zwiedzić Zamek. Wejście do jego wnętrz kosztuje 50 koron. Na zewnątrz budowla robi ogromne wrażenie. Dwa lata temu w Zamku była gadziarnia. Teraz albo jej nie ma, albo nie udało mi się jej znaleźć. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

22 sierpnia 2018

Relacja z wycieczki do Szydłowa, Kurozwęk i Staszowa - sierpień 2018.

Pałac Popielów w Kurozwękach. 
Wczoraj wraz z Łukaszem wybrałem się na wycieczkę po regionie świętokrzyskim. Tym razem odwiedziliśmy Szydłów, Kurozwęki, Golejów i Staszów.  Z Kielc wyjechaliśmy kilka minut po godzinie 12:00. Do Szydłowa dotarliśmy po około 50 minutach. Samochód zaparkowaliśmy na parkingu turystycznym. Stąd jest blisko na tak zwane stare miasto. Szydłowskie centrum otoczone jest murami obronnymi. Do dziś zachowały się w bardzo dobrym stanie. Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od kościoła. Później doszliśmy na rynek, gdzie zjedliśmy obiad. Jedynym lokalem gastronomicznym w tym miejscu jest Gospoda Rycerska. Jedzenie jest w porządku. Jedynym minusem jest brak większości dań z karty. Jednak nam udało się coś wybrać i zjeść ze smakiem. Po zamku zostały już tylko wspomnienia. Spodziewałem się większej części zachowanych ruin. Niestety się przeliczyłem. Zamek obecnie jest w remoncie, ale tak naprawdę jego bryła w ogóle nie przypomina budowli, która stała w tym miejscu przed wieloma laty. Widzieliśmy także aleję drewnianych postaci literackich, polityków, królów i władców. Rzeźby znajdują się obok centrum kultury. Szydłów słynie ze śliwek. Na rynku sprzedawane są śliwki w czekoladzie. Tego słodkiego owocu nie brakuje nie tylko w miasteczku, ale i jego okolicach. Miejscowi sprzedają je w cenie 2 zł za kilogram. Zwiedzanie Szydłowa zajęło nam około godziny. Większość czasu spędziliśmy w restauracji. Uważamy, że jest to fajne miasteczko, które warto zobaczyć.

Kurozwęki 

Kolejnym punktem na naszej trasie był Pałac w Kurozwękach. Znajduje się on 8 km od rynku w Szydłowie. Samochód zaparkowaliśmy przy wejściu do rezydencji. Za parking nie pobiera się opłaty. Kasa na świeżym powietrzu znajduje się przy mostku nad rzeką. Kupiliśmy bilet kompleksowy w cenie 28 zł. Upoważnia on do wstępu do labiryntu z kukurydzy, labirynt bukowy (atrakcja bardziej dla dzieci), lochów, pałacu i przejazdu na Safari Bizon. Dodatkowo można zwiedzać mini zoo i korzystać z placu zabaw. Najpierw poszliśmy do labiryntu. Otrzymaliśmy mapkę z krzyżówką do rozwiązania. Wystarczy odnaleźć w labiryncie wszystkie pytania i na nie odpowiedzieć. Jak ma się już wszystkie zagadnienia, to można wziąć udział w losowaniu nagród. My skupiliśmy się na bonusowych znaczkach. Znalezienie dwóch jest nagrodzone paczką tygrysków. Oboje otrzymaliśmy flipsy. Spacer wśród kukurydzy zajął nam godzinę. Pomiędzy kolejnymi atrakcjami robiliśmy sobie spacer po mini zoo. W zwierzyńcu mieszkają bizony, konie, lamy, kuce, osły, struś afrykański, kury, gęsi, perliczki i świnie wietnamskie. O godzinie 16:05 mieliśmy wejście do lochów. Zwiedzanie odbywa się tylko z przewodnikiem. Zajmuje ono 20 minut. Młody chłopak, który nas oprowadzał miał świetny kontakt z gośćmi. Fajnie się go słuchało. Takich przewodników jak on właśnie nam potrzeba. W lochach znajduje się studnia z utopioną kurą. Legenda głosi, że to od nazwy tego ptaka wzięła się nazwa wsi. Słowa cytatu brzmią tak "kurze jęki, kurze męki, tak powstały Kurozwęki". O 17:00 weszliśmy do wnętrza Pałacu Popielów, które również ogląda się tylko pod opieką przewodnika. Tutaj również mieliśmy do czynienia z młodym przewodnikiem, jednak to o czym mówił, nie do końca do nas trafiało. Brak kontaktu z ludźmi, a to o czym opowiadał mówił z pamięci patrząc się np. w ścianę. W środku w Pałacu jest ładnie, okazale i można zobaczyć ciekawe pamiątki rodu Popielów oraz wystawę obrazów Józefa Czapskiego. Na koniec zwiedza się muzeum. O 18:00 z pod placu zabaw wyjechaliśmy traktorem do krainy pełnej bizonów. Pani przewodnik powiedziała, że obecnie podzielono stado na trzy mniejsze grupy. Pierwsza przeznaczona jest na rzeź, druga i trzecia do pokazów dla publiczności. Dowiedzieliśmy się, że bizony widzą na odległość 3 metrów, za to mają doskonały słuch. W tym roku jedna z samic wydała na świat bliźniaki. Rzadko to się zdarza u tego gatunku. Po porodzie następuje selekcja, gdzie matka wybiera najsilniejsze dziecko. Drugie pozostawione samo sobie trafia pod opiekę pracowników. W Kurozwękach już trzy razy urodziły się bliźniaki. Zwierze, które przebywa z człowiekiem nie jest dopuszczone do stada, gdyż te go nie zaakceptuje. Dlatego w mini zoo jeden bizon mieszka z bykiem. Przy wyjściu z Pałacu znajduje się wybieg dla turów. Nie są to zwierzęta, które wyginęły przed laty, tylko próba odtworzenia gatunku poprzez mutacje genów innych gatunków krów. Jesteśmy zadowoleni z wizyty w kompleksie pałacowym. Dodatkową atrakcją jest stadnina konna. Około godziny 19:00 opuściliśmy Kurozwęki i udaliśmy się do Golejowa.

*Pałac w Kurozwękach budowano przez 4 wieki. Budowę rozpoczęto w XIV wieku a ukończono w XVIII.

Golejów i Staszów 

Golejów, to wieś przylegająca do Staszowa. Znajduje się tam zalew, który przyciąga nie tylko mieszkańców Staszowa i okolic. Wokół zbiornika wodnego wybudowano domki wczasowe. Niektóre przypominają te z czasów komuny. Wybudowano także restaurację połączoną z domem weselnym. Nie brakuje też zwykłych budek z jedzeniem. Na razie nie wygląda to najlepiej, ale niebawem cały ten kompleks zostanie zmodernizowany. Zalew otacza las. Przyrodniczo jest naprawdę fajne miejsce. Wieczorem wybraliśmy się na spacer do Staszowa. Obeszliśmy rynek i kilka otaczających go ulic. Miasteczko nie przyciąga turystów, gdyż nie ma ono za wiele do zaoferowania. XVIII wieczne kamice na rynku pełne są szyldów sklepowych. Najciekawsza stoi na środku placu. Kiedyś mieścił się tutaj ratusz. Widzieliśmy także kościół, ale ten był zamknięty na trzy spusty. Staszów to senne miasteczko, które możecie zobaczyć przejazdem. Organizowanie wycieczki specjalnie dla tego miejsca nie ma sensu. Zabrakło nam dnia by pojechać do sąsiednich Rytwian. Myślę, że za jakiś czas i tam uda nam się dotrzeć.

Z wycieczki oczywiście jesteśmy zadowoleni w stu procentach.

Zdjęcia z Szydłowa dostępne są TUTAJ.
Zdjęcia z Kurozwęk dostępne są TUTAJ.
Zdjęcia z Golejowa dostępne są TUTAJ.
Zdjęcia ze Staszowa dostępne są TUTAJ.

21 sierpnia 2018

Relacja z wycieczki do Krakowa - sierpień 2018.

Rynek Główny 
Jak już wspomniałem w minioną niedzielę wraz z Łukaszem wybrałem się na wycieczkę do Krakowa. Pierwszym punktem na naszej trasie był ogród zoologiczny. Relacja dostępna jest w poście poniżej. Kilka minut po 13:00 z pod parkingu w Lesie Wolskim odebrał nas nasz wspólny znajomy, który mieszka w Krakowie. Chciał nam pokazać miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy w jego mieście. Najpierw pojechaliśmy do Nowej Huty. Przyznam, że to był mój wymysł. Chciałem zobaczyć jak tam jest. Głównym punktem dzielnicy jest Plac Centralny im. Reagana. Od niego odchodzi Aleja Róż, która pełni funkcję osiedlowego deptaka. Znajduje tu się bar z czasów PRL. Podobno obsługa zachowuje się tak samo. Mimo wszystko można zjeść smacznie i nie drogo. Jak jest naprawdę tego nie wiemy gdyż lokal był nieczynny. Nowa Huta to jak nie Kraków. Kilka szarych kamienic, bloki, cisza, spokój. W miejscowym parku wypoczywają emeryci lub amatorzy taniego wina. Nie ma tu nic szczególnego. Później pojechaliśmy na Podgórze skąd udaliśmy się pieszo na Kopiec Kraka. Nigdy tutaj nie byłem.Po drodze zahaczyliśmy o kolorowe schody. Napisane są na nich fragmenty literackie i cytaty. Wejście na szczyt kopca jest bezpłatne. Można z niego podziwiać cały Kraków i okolice. Niestety nie wypatrzyłem Tatr. Widziałem jedynie góry pasma Myślenickiego. Obok kopca jest kamieniołom. Piękne widoki sprawiły, że nie miałem ochoty opuszczać kopca. Jednak deszcz zmusił mnie do szukania schronienia. Akurat przelotnie padał gdy my podziwialiśmy panoramę miasta. Jeszcze tutaj wrócimy.

Po południu udaliśmy się na stare miasto. Nie było wolnych miejsc parkingowych więc zaparkowaliśmy na Dworcu Głównym. Opłata jest niewielka więc się opłaca. Miejsc nie brakowało. Stąd poszliśmy w kierunku ulicy Grodzkiej. Po drodze mijaliśmy piękne kamienice znajdujące się przy ulicach św. Ducha, Placu św. Ducha, Szpitalnej, Mały Rynek, Stolarskiej, Placu Dominikańskiego. Na Grodzkiej jedliśmy obiad. Dokładnie w Bistro Kwadrans. Znajduje się ono w bramie budynku numer 32. Danie dnia kosztuje tutaj 16 zł. Do tego kompot 2 zł i zupa dnia 2 zł. Jedzenie jest smaczne i świeże. Jak jedziecie do Krakowa to już wiecie gdzie iść na obiad. Wieczorem przeszliśmy się Grodzką do Rynku, Floriańską do Barbakanu, a następnie Placem Jana Matejki. I tak dotarliśmy na dworzec główny skąd odjeżdża pociąg do Kielc.

Obecnie jestem na etapie ponownego odkrywania Krakowa. W lipcu obiecałem sobie, ze tutaj wrócę by zobaczyć kolejne piękne miejsca. I tak też się stało. Widziałem zupełnie nowe dla mnie fragmenty miasta. Powoli zaczynam zakochiwać się w tym mieście. Kiedyś byłem wielkim fanem Warszawy, a dziś wybieram Kraków. Do stolicy mnie nie ciągnie. A jeszcze kilka lat temu mówiłem, że to Kraków jest mało dla mnie atrakcyjny. Im człowiek staje się starszy tym bardziej zaczyna doceniać inne miejsca. Kraków na zawsze pozostanie dla mnie jednym z najpiękniejszych i najatrakcyjniejszych miast w Polsce. Żadne miasto nie ma tak ogromnej starówki. Nie wiem dlaczego mówi się, że największe stare miasto ma Lublin. Według mnie lubelska starówka jest mała. Rozmiarem do Krakowa jej daleko. Chyba ktoś coś pomylił w tej sprawie. Oczywiście starówka w Lublinie jest tak samo piękna jak ta w Krakowie. Każda ma swój niepowtarzalny klimat.

Pewnie w Krakowie byliście już nie raz. To nic! Przyjedźcie jeszcze raz i delektujcie się jego pięknem.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

Relacja z wycieczki do krakowskiego ZOO - sierpień 2018.

Owca grzywiasta arui. 
W niedzielę z Łukaszem pojechaliśmy do Krakowa. Zwiedzanie miasta tradycyjnie rozpoczęliśmy od ogrodu zoologicznego. Od mojej ostatniej wizyty w lipcu nic się nie zmieniło. Nie przybyło nowych zwierząt i praktycznie nikogo nie ubyło. Przynajmniej takie mam wrażenie. Łukasz ostatni raz w tym ZOO był dwa lata temu więc on dostrzegł pewne zmiany. Za bilet zapłaciliśmy 18 zł. W kiosku przy kasie kupiliśmy mapkę ZOO w cenie 3 zł. Co prawda ogród znamy na pamieć, ale chcieliśmy mieć jakąś pamiątkę. Zwiedzanie tradycyjnie rozpoczęliśmy od ptaków, a następnie małych ssaków drapieżnych. Tego dnia w ZOO było dużo ludzi. Momentami nie szło się przecisnąć by coś zobaczyć. Krakowski ogród zoologiczny jest jednym z najchętniej odwiedzanym w kraju. Nie wiem gdzie tkwi fenomen tego miejsca. Może ludzie przy okazji wycieczki do Krakowa odwiedzają z automatu ZOO. Ogród sam w sobie jest bardzo ładny tylko tak jak wspomniałem miesiąc temu wybiegi i klatki są za małe. Nam przykro było patrzeć na trzy szympansy zamknięte w ciasnej klatce. Ludzie nie zwracali na to uwagi, a szkoda. Małpy z nudów nie mają  co robić i ciągle patrzą się na ludzi.

W poście sprzed miesiąca napisałem swoje odczucia co do warunków trzymania zwierząt w ZOO. Link wysłałem do pracowników ogrodu, ale nikt nie raczył na niego odpowiedzieć. Szkoda. Poznalibyśmy ich argumenty, które przemawiają za tym by trzymać zwierzęta w ciasnych klatkach.

Tradycyjnie usiedliśmy sobie na ławce przy wybiegu osłów domowych. W między czasie obok nas przewinął się tłum ludzi. Ani jedna osoba nie zatrzymała się po to by popatrzeć na osły czy mieszkające obok jelenie. Ludzie na widok osła zazwyczaj mówili do swoich bliskich, że sami są osłami. Niektórzy się śmiali, że w ZOO trzymane są osły. W ogóle to wizyta w ZOO według Polaków polega na tym, by przejść przez ogród nie zwracając uwagi na tabliczki i zwierzęta. Tłum sobie idzie i tyle. Tak się zastanawiam po co oni idą do ZOO skoro zwierzęta ich nie interesują. Wydają kasę i tyle. Głupota, że nie szanują swoich pieniędzy. Uważam, że jak się idzie do ZOO to powinno się poświęcić kilka minut by popatrzyć na dany gatunek zwierząt. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego co oglądają. Przykre to.

Nie byliśmy w pawilonie egzotarium bo za duży tłok tam był. O dziwo pominęliśmy wolierę manuli. Pewnie tak jak pozostałe koty spałyby gdzieś zagrzebane. Kilku gatunków zwierząt nie udało nam się obejrzeć. Schowały się przed ludźmi, albo spały. Upał doskwierał nie jednemu zwierzęciu.

Gdy opuściliśmy ZOO udaliśmy się na autobus. Niestety przy dużym zainteresowaniu ogrodem pojazdy komunikacji miejskiej nie jeżdżą na czas. Utykają przed wjazdem do Lasu Wolskiego w gigantycznym korku. Goście nie mają gdzie parkować, to tworzy się korek. Każdy czeka aż zwolni się miejsce na parkingu.

Ze spaceru jesteśmy zadowoleni. Wiemy, że się czepiamy pewnych rzeczy, ale to nie zmienia faktu, że ZOO w Krakowie jest dla nas atrakcyjne pod względem hodowanych gatunków zwierząt. Poza tym jest tu naprawdę pięknie. Minusem są tylko małe klatki i wybiegi. Dla nas dobro zwierząt jest najważniejsze, dlatego chcielibyśmy je oglądać w przyjaznych dla nich warunkach. Pozostaje nam wierzyć, że kiedyś władze tej placówki pójdą po rozum do głowy i powiększą klatki jak i wybiegi. Tylko jest tu mały problem. ZOO tak naprawdę nie ma już wolnej przestrzeni do dalszego rozwoju. Na pewno będziemy tutaj przyjeżdżać bo mimo wszystko warto.

Po spacerze po ZOO udaliśmy się autobusem na parking, skąd zabrał nas nasz wspólny znajomy. Mieszka on w Krakowie i pokazał kilka ciekawych miejsc, które i wam polecamy zobaczyć. Więcej na ten temat przeczytacie w poście powyżej.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

20 sierpnia 2018

Relacja z wycieczki do Górnośląskiego Muzeum Etnograficznego w Chorzowie - sierpień 2018.

Skansen w Chorzowie 
W minioną sobotę wraz z Łukaszem wybrałem się na wycieczkę do Parku Śląskiego. Pierwszym punktem na naszej trasie był ogród zoologiczny. Relacja dostępna jest w poście poniżej. Później udaliśmy się pod Legendię skąd odjeżdża kolejka linowa "Elka". Przejazd w jedną stronę kosztował nas 10 zł. Punktem "A" jest Wesołe Miasteczko, punktem "B" Stadion Śląski. 300 metrów dalej w kierunku centrum handlowego znajduje się Górnośląskie Muzeum Etnograficzne. Bilet wstępu kosztował nas 10 zł. Przy kasie można pobrać bezpłatną mapkę po Skansenie. Ogólnie wyznaczona jest jedna alejka, która prowadzi od wejścia do wyjścia. Zwiedzanie parku jest proste i na pewno nic nie pominiecie. W Muzeum widzieliśmy drewniane chaty, obory, stodoły, kościół, młyn wodny (bez wody), kuźnię, wiatrak i inne. Wszystkie budynki kiedyś należały do ludzi zamieszkujących dzisiejsze województwo śląskie. Nie brakuje tutaj domostw z Beskidu śląskiego, śląska cieszyńskiego, okręgu lędzińskiego. Wszystkie chaty są jednego koloru - czarnego. Takie same widzieliśmy w opolskim skansenie. Prawdopodobnie ludzie z południa dzisiejszej Polski budowali swe domy na podobny styl. Do większości chat można wejść i podziwiać ich wnętrze. Niestety nie udało nam się wejść do kościoła, czy aresztu. W połowie drogi znajduje się karczma. Zjedliśmy tutaj obiad. Za drugie danie i kompot zapłaciliśmy 21 zł. Jeżeli chodzi o smak to tutaj wiele bym poprawił. Jak już dotrzecie do skansenu  to lepiej do karczmy nie zaglądajcie. 

Minusem skansenu jest jego chaos. Dotychczas widzieliśmy muzea gdzie przedstawiono całe gospodarstwa. W przypadku tego miejsca jest inaczej. Wchodząc do zagrody zobaczycie dom z miejscowości "A", oborę z miejscowości "B", studnię z miejscowości "C". Oznacza to, że gospodarstwo nie pochodzi o jednej rodziny, tylko sztucznie zostało stworzone na potrzeby muzeum. Kolejnym rozczarowaniem był kompletny brak przewodnika. W Tokarni, czy Opolu w każdym domku jest osoba opowiadająca o jego historii. Tutaj niestety takich ludzi brak. Tabliczki z opisem poszczególnych eksponatów są ubogie w treść. Głównie dowiecie się tylko skąd pochodzi dana chatka. W niektórych zagrodach wprowadzono rozwiązania z XXI wieku, a to oznacza ingerencję w eksponat. Nam nie podobał się układ parku. Spacerowaliśmy asfaltową drogą, brakowało nam wiejskiego klimatu, nie było namiastki pól, sadów itp. Wydaje nam się, że lokalizacja tego miejsca nie jest trafiona. W oddali słychać samoloty, tramwaje, niekiedy widać wieżowce. Tego typu muzea powinno się budować na wsi, by oddać prawdziwy klimat prowincjonalnego świata. Na pewno jest tu co oglądać, ale widzieliśmy lepsze skanseny. Mowa tutaj o Tokarni, Opolu, Pszczynie i Starej Lubovni na Słowacji. 

Krępowały nas mało eleganckie kamery, które porozstawiane są wszędzie. Oko wielkiego brata patrzy na nas ze śmietników, z krzaków i innych dziwnych miejsc. Do tej pory monitoringu w skansenach nie widzieliśmy. Nawet jak był to nie widoczny dla gościa. 

Obsługa parku jest średnia to znaczy mało sympatyczna. 

W zagrodach widzieliśmy konia, kozy, owce, króliki, koty i kury. 

My już tutaj nie wrócimy, natomiast wy musicie sami ocenić to miejsce. Nam podobało się w 50 procentach. 

Parking przy Muzeum jest płatny. Nie jest to wielka kwota. 

Zwiedzanie skansenu zajęło nam trzy godziny. Później poszliśmy na zakupy do centrum handlowego AKS, a następnie udaliśmy się na dworzec w Katowicach. 

Zdjęcia ze Skansenu dostępne są TUTAJ.
Zdjęcia Kolejki Linowej Elka dostępne są TUTAJ.