14 maja 2019

Relacja z wizyty w cyrkach Simek i Narodni Cirkus Oryginal Berousek - Ostrava - maj 2019.

Narodni Cirkus Oryginal Berousek. Fot: Erwin
W niedzielę z Łukaszem i Mateuszem wybrałem się do Ostrawy. Celem naszej wyprawy była wizyta w cyrkach Simek i Berousek Oryginal. Podróż z Kielc zajęła nam trzy godziny. Około 9:30 byliśmy już na parkingu centrum handlowego Forum Nova Karolina. To właśnie tutaj stacjonował Cirkus Simek. Byliśmy ciekawi jak na żywo prezentuje się ten cyrk. Patrząc na zdjęcia byłem przekonany, że namiot Simka nie jest do końca taki mały. Na miejscu okazało się, że gdzieś nam znikł z pola widzenia. Patrząc na cyrk pierwsze co rzucało nam się w oczy to tabor. Dopiero później dostrzegaliśmy namiot. Miasteczko cyrkowe wydaje się schludne i zadbane. Od strony wizualnej cyrk prezentuje się bardzo dobrze. Jeżeli chodzi o program to już niekoniecznie. W spektaklu przeważają zwierzęta, natomiast o akrobatów jest już tutaj trudno. Bilet dla osoby dorosłej na sektor kosztuje 300 koron. To dużo jak na taki cyrk. W dużych cyrkach ceny biletów są tańsze o około 20/50 i 80 koron. Wyjątkiem jest jedynie Berousek Oryginal, który bierze tyle samo co Simek.

Przed godziną 10:00 pracownicy przygotowywali się na nadejście pierwszych gości. Spektakl miał się odbyć o godzinie 11:00. Kasa była jeszcze zamknięta, natomiast chętnych na obejrzenie widowiska jakby brak. Poza nami nikt się nie kręcił wokół cyrku. Prawdopodobnie na show przyszło niewiele osób. Nas to nie zdziwiło, ponieważ mieszkańcy Ostrawy do wyboru mieli jeszcze dwa duże cyrki, które prezentują show na najwyższym poziomie artystycznym. Jak widać trzy cyrki w jednym mieście to o jeden za dużo.

Zrobiliśmy zdjęcia i udaliśmy się w dalszą podróż. Naszym celem było obejrzenie spektaklu cyrku Berousek Oryginal. Po 15 minutach jazdy byliśmy już na miejscu. Samochód zaparkowaliśmy na parkingu hipermarketu Globus. W ostatnim dniu pobytu w Ostrawie, cyrkowcy złożyli ogrodzenie i zastąpili je taśmami. Obeszliśmy cyrk wokół i udaliśmy się do kasy. Za bilet każdy z nas zapłacił 300 koron. Podczas przerwy wybrałem się z Mateuszem do cyrkowego zwierzyńca. Za wstęp płaciliśmy 50 koron. Warto było pójść, ponieważ część zwierząt nie bierze udziału w programie. Poza tym dowiedziałem, że się w cyrku mieszka nie dwa, a sześć niedźwiedzi brunatnych.

Na niedzielny spektakl przyszło dużo ludzi. Na moje oko jakieś 70 procent. Program trwał ponad dwie i pół godziny. Na finale braw nie było końca.

Tegoroczny spektakl prezentuje się następująco:

Część 1 
Wstęp do programu
Pokaz wielbłądów jedno i dwugarbnych - Jiri Berousek Junior 
Repryza komiczna - Sasha 
Skakanki - Brooklyn Boys (Zuma Zuma)
Żonglerka - Jiry Berousek Junior 
Repryza komiczna - Sascha 
Slinky 
Pokaz papug - Renata Berousek 
Repryza komiczna - Sascha 
Pokaz osłów - Jiry Berousek Junior 

Przerwa 20 minut. W tym czasie można zobaczyć cyrkowe ZOO, na arenie odbywają się przejażdżki na wielbłądach. Toalety są bezpłatne. 

Część 2
Pokaz zebr - Jiry Berousek Junior 
Pokaz słonia indyjskiego - Jiry Berousek Junior 
Repryza komiczna - Sasha 
Ekwilibrystyka na wrotkach - Duo Peris 
Pokaz koni fiordyjskich i arabaskich - Renata Berousek 
Repryza komiczna - Sascha 
Piramidy akrobatyczne - Zuma Zuma 
Repryza komiczna - Sascha 
Pokaz niedźwiedzi brunatnych - Renata i Jiry Berousek
Wielki finał. 

W cyrkowym zwierzyńcu mieszkają zebry, alpaki, osły, kuce, krowy szkockie, bydło watussi, jaki, bawoły indyjskie, konie, papugi, niedźwiedzie brunatne, wielbłądy dwugarbne, wielbłądy jednogarbne oraz słoń indyjski.

Cała nasza trójka jest zadowolona jest spektaklu. Mateusz był w cyrku jako dziecko i niewiele z tego wszystkiego pamiętał. Był pod ogromnym wrażeniem. Już teraz zapowiedział, że jeżeli będzie miał czas to chętnie się z nami wybierze na kolejny spektakl.

Muzyka do stałych numerów jak i finału została zmieniona. Ogólnie fajnie się jej słuchało. Było głośno i tradycyjnie, czyli wesoło. Właśnie to lubimy w czeskich cyrkach - tradycję i dźwięki jakie kiedyś słyszeliśmy u nas.. Choreografia też była w porządku. Ogólnie nie ma się do czego przyczepić. W sprzedaży są programki. Nie ma słabych punktów w programie. Najlepiej oceniamy pokaz niedźwiedzi, oraz akrobacje zespołu Zuma Zuma i duetu Peris.

Od 2 do 12 maja, w Ostrawie stacjonowały aż trzy cyrki. Simek rozbił się przy centrum handlowym Forum Nova Karolina, Berousek Oryginal przy hipermarkecie Globus, natomiast Bernes przy hali wystawowej Cerna Louka. Spektakl Bernesa widziałem pod koniec kwietnia w Karvinie. Z tego co wiem w programie zaszła mała zmiana. Nie ma już żonglerki nogami, natomiast pojawiły się akrobacje napowietrzne za włosy.

W niedzielę na mieście nie było już żadnych plansz reklamowych.

Poniżej zamieszczam linki do zdjęć.
Cirkus Simek - fot: Erwin - kliknij TUTAJ.
Narodni Cirkus Oryginal Berousek - fot: Erwin na zewnątrz i Łukasz wewnątrz - kliknij TUTAJ.

Relacja z wycieczki do ostrawskiego ZOO - maj 2019.

Krowy szkockie. Fot: Erwin 
Podczas naszej niedzielnej wycieczki do Ostrawy, odwiedziliśmy także tamtejszy ogród zoologiczny. Z Łukaszem znamy to miejsce na pamięć, natomiast Mateusz jest wielkim miłośnikiem ZOO i nigdy tutaj nie był. Mimo brzydkiej pogody udało nam się spokojnie przejść cały park. Do ogrodu dotarliśmy przed 15:00. Parking był prawie pusty. Na około 15 samochodów, połowa była z Polski. Kupiliśmy bilet i od razu udaliśmy się na obiad do restauracji Soala. Zamówiliśmy sobie nasze ulubione danie, czyli knedliki z kapustą zasmażaną i mięsem. Za porcję zapłaciliśmy 110 koron. Mateusz miał za mało czeskiej gotówki, natomiast zapomniał karty. W Soali można płacić złotówkami, ale przelicznik jest nieopłacalny. Dając 100 zł, Mateusz otrzymał 500 koron. W kantorze mógłby liczyć na kolejne 100. Płacąc naszą walutą musicie liczyć się z tym, że reszta zostanie wam wydana w koronach.

Od tego roku bilety do ZOO podrożały o 10 koron. Na ten moment osoba dorosła za wstęp płaci 120 koron, natomiast student 90 koron. Przy brzydkiej pogodzie nieczynne są wszystkie lokale gastronomiczne (poza restauracją Soala), nie kursują kolejki oraz Safari Express. Nad tą ostatnią ubolewaliśmy, gdyż nie udało nam się zobaczyć zwierząt, które zamieszkują strefę niedostępną dla pieszych gości. 

Podczas spaceru nie udało nam się zobaczyć niedźwiedzia himalajskiego, małych kotów drapieżnych, tarajów, jeżozwierzy, pand małych, jelonków bengalskich, oraz zwierząt wspomnianej przeze mnie strefy zasięgu kolejki Safari Express. Mowa tutaj o jeleniach barasinga, jeleniach aksis, kułanach, bawole indyjskim, markurach śruborogich, antylopach nilgau. W ogrodzie nie zaszło za wiele zmian. Obecnie trwa modernizacja wybiegu dla kaczek i bocianów czarnych. Gotowy jest również nowy wybieg dla mangust. Póki co zwierzęta nie dotarły jeszcze do Ostrawy. Papugi i bażanty zamieszkały w zmodernizowanej wolierze obok amfiteatru. W ogrodzie nie ma już oryksów południowych i panter mglistych. Ubyło również panter cejlońskich. Jeszcze rok temu były trzy, a teraz jest jedna. Wrócił samiec lwa, który przed kilkoma laty wyjechał jako reproduktor do praskiego ZOO. W pawilonie Tanganika wiedzieliśmy tylko jednego hipopotama nilowego, a były dwa. Mniej zwierząt zauważyliśmy w mini - zoo. Nie było też strusi afrykańskich.

O tej porze roku w ogrodzie kwietnie wiele roślin i kwiatów. Nadają one piękno temu miejscu.

Wszystkie pawilony zamykane są o godzinie 18:00, natomiast ogród można zwiedzać do godziny 19:00. Myślę, że od 16 do zamknięcia byliśmy jedynymi gośćmi ZOO. Czuliśmy się tak, jakby cały ogród był tylko dla nas. Do tej pory bywaliśmy tutaj przy ładnej pogodzie i tłumie odwiedzających. Mimo wszystko, że było smutno i pusto, to bardzo nam się podobało. Taki spacer dobrze nam zrobił i na pewno pozwolił się zrelaksować. Nie straszne nam były niskie temperatury i mżawka.

Tradycyjnie zapraszamy was do ostrawskiego ZOO. Wizyta tutaj to czysta przyjemność. Jak widzicie staramy się tu zaglądać każdego roku. Mateuszowie również się tu podobało i już zapowiedział, że chętnie jeszcze tutaj wróci.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

Relacja z wycieczki do Ostrawy - maj 2019.

Ostrawski Zamek. Fot: Erwin 
W minioną niedzielę z Łukaszem i Mateuszem wybrałem się na wycieczkę do Ostrawy. Celem naszej podróży były stacjonujące w tym mieście cyrki, ogród zoologiczny i stare miasto. Tak naprawdę do centrum poszliśmy tylko dlatego, że Mateusz jeszcze nigdy tutaj nie był. Pokazaliśmy mu rynek, deptak, zamek, kilka okolicznych uliczek. Pogoda nam nie sprzyjała, dlatego długo nie chodziliśmy. Z Łukaszem znamy Ostrawę praktycznie na pamięć, dlatego czujemy się tutaj jak u siebie w domu. Dokładnie wiemy co gdzie znajdziemy. Mateusz dopiero uczy się poznawać to miasto. Jak powiedział, ma jeszcze nadzieję, że jeszcze kiedyś tutaj z nami wróci.

W niedzielny wieczór przy brzydkiej pogodzie, miasto praktycznie umiera. Na ulicy od czasu do czasu można kogoś spotkać. Większość lokali gastronomicznych jest zamknięta, a te które były otwarte świeciły pustkami. Gdybyście byli głodni i zapragnęli coś zjeść, to musicie udać się do galerii lub na osiedla, gdyż w ścisłym centrum to nawet markety są zamknięte.

Jak doskonale wiecie lubimy Ostrawę. Wielu z was powie, że to mało atrakcyjne miasto, a my w jakimś stopniu dostrzegamy jego piękno. Nie miałbym nic przeciwko, żeby tutaj zostać na stałe. Z Ostrawy miałbym blisko do wielu interesujących miejsc.

O Ostrawie pisałem już kilka razy i zapewne stali czytelnicy wiedzą co można tutaj zobaczyć i gdzie wybrać się na zakupy. Jeżeli ktoś z was nie czytał moich poprzednich postów, to zapraszam do archiwum. Myślę, że na ten moment nie mam nic do dodania w tym temacie. Na koniec tylko wspomnę, że przy brzydkiej pogodzie i braku słońca odkryłem nowy klimat tego miasta. Jest zupełnie inny, niż w momencie kiedy świeci słońce. Przyjedźcie tutaj i przekonajcie się sami jak magiczna jest Ostrawa.

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

03 maja 2019

Relacja z wizyty w cyrku Humberto - Novy Jicin - maj 2019.

Cirkus Humberto. Fot: Erwin
Zapewne już wiecie, że 1 maja byliśmy z Łukaszem na przedstawieniu cyrku Humberto. Tym razem odwiedziliśmy cyrkowców w Novym Jicinie. W ubiegłym roku w tym samym mieście podziwialiśmy artystów cyrku Berousek Sultan. Na mieście widzieliśmy dużo plansz promujących cyrk. Nałożone one były na listwy, które wbito w trawniki. Cyrkowe miasteczko rozbito na placu przy ulicy Bohuslava Martinu. Spektakl odbył się punktualnie o godzinie 17:00 i skończył po 2 godzinach i 40 minutach. Widowisko obejrzało ponad 300 osób. Loża była zapełniona prawie w stu procentach. Przez całe show widzowie bili brawa, głośno piszczeli, dawali wyraz swojego zadowolenia. Podczas finału artyści zostali nagrodzeni długimi owacjami na stojąco. Jednym słowem wszyscy byli zadowoleni. Wspomnę jeszcze, że była to moja piąta wizyta w tym cyrku, natomiast dla Łukasza trzecia. "Jubileuszowe" show było udane i oboje jesteśmy zadowoleni. Oczywiście cyrk nie obchodził swojego jubileuszu. Tegoroczny program prezentuje się następująco:

Część 1
Parada powitalna 
Gimnastyka na ruchomym maszcie 
Numer stójkarski 
Repryza komiczna 
Pokaz pudli królewskich 
Żonglerka kapeluszami 
Repryza komiczna 
Pokaz wielbłądów i lam
Pokaz konia i kucyka 
Pokaz zebr 
Pokaz kóz 
Pokaz słoni indyjskich 

W trakcie przerwy można było zwiedzić cyrkowego ZOO, zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z wielbłądem i słoniami. Ponadto był dobrze zaopatrzony bufet. 

Część 2
Pokaz lwów 
Repryza komiczna 
Pokaz iluzji i transformacji 
Gimnastyka na trapezie kołowym 
Repryza komiczna 
Pokaz niedźwiedzi brunatnych 
Żonglerka nogami - antypody 
Duet linoskoczków 
Wielki finał 

Wszystkie prezentowane pokazy nam się podobały. Do stałych numerów została zmieniona muzyka. Jak sami zauważyliście zmieniła się kolejność numerów. Do tej pory program zaczynały lwy, a teraz zostały przeniesione do drugiej części. Choreografia była dobrze dopasowana, jedynie momentami muzyka była niewyraźna.

Podczas przerwy odwiedziłem cyrkowe ZOO. Hynek Navratil Junior opowiadał o tym jak tresowane są lwy i niedźwiedzie. Adriana Folco kąpała słonie. W zwierzyńcu widziałem małego wielbłąda i lwiątka.

W sprzedaży są także programki.

Za bilet zapłaciliśmy 280 koron. Cyrkowe ZOO to koszt 50 koron.

Cirkus Humberto należy do grona najlepszych cyrków Czeskiej Republiki. Za każdym razem kiedy tu jesteśmy, widzowie nagradzają artystów owacjami na stojąco. Największe wrażenie zrobiła na nas artystka prezentująca trapez kołowy oraz ruchomy maszt. Swoje numery wykonywała bez żadnego zabezpieczenia. Widzowie nie mogli przestać piszczeć i bić braw. Jednak największe emocje były podczas występu linoskoczków. Myślę, że to co się działo pod namiotem, było słychać na parkingu sąsiedniego marketu. Już dawno nie widzieliśmy takich emocji. Za rok na pewno wrócimy do Humberto, bo to jeden z naszych ulubionych cyrków. Wizyta tutaj to czysta przyjemność.

Cyrkowcy pozostaną w Novym Jicinie do 12 maja. W rejonie Ostrawy stacjonują także inne cyrki. W samej Ostrawie jest ich aż 3 - Simek, Bernes, Berousek Oryginal. Pod miastem widzieliśmy plakaty cyrku Tony.

W Humberto są również zbierane podpisy pod petycją o nie wprowadzaniu w Czechach zakazu występów zwierząt.

Zdjęcia naszego autorstwa dostępne są TUTAJ.

02 maja 2019

Relacja z wycieczki w rejon Novego Jiczynu - maj 2019.

Valašské Meziříčí. Fot: Erwin
Korzystając z okazji, że mamy długi weekend, postanowiliśmy z Łukaszem wybrać się na wycieczkę w rejon Novego Jiczyna. Okolice tego miasta zwiedziliśmy już rok temu, ale zabrakło nam czasu na obejrzenie wszystkich atrakcji. Droga z Kielc zajęła nam około 4 godzin. Na miejscu byliśmy przed godziną 10:00. Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy był Pałac Kunin, znajdujący się w miejscowości o tej samej nazwie. Stąd do Novego Jiczyna jest zaledwie 4 km. Później przejechaliśmy 25 km do niewielkiego miasta Valašské Meziříčí. Administracyjnie należy on do regionu zlińskiego. W drodze do Novego Jiczynu zatrzymaliśmy się we wsi Hostašovicegdzie zjedliśmy obiad. Do Novego Jiczyna dojechaliśmy kilka minut po godzinie 15:00. Ostatnim punktem naszej wycieczki była wizyta w cyrku Humberto.

Pałac Kunin 

Ten wyjątkowy pałac znajduje się 4 km na północ od Novego Jiczynu. Wokół pałacu znajduje się duży i bezpłatny parking. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od przylegającego do pałacu - kościoła. Do środka nie weszliśmy, ponieważ drzwi były zamknięte. Zrobiliśmy sobie spacer po ogrodzie, a następnie udaliśmy się na zwiedzanie pałacowych wnętrz. Bilet wstępu kosztował nas 110 koron. Przed kasą znajduje się ekspozycja stała, którą można obejrzeć indywidualnie, natomiast pokoje ogląda się tylko i wyłącznie z przewodnikiem. Grupa, z którą zwiedzaliśmy pałac liczyła 30 osób. Pani przewodnik opowiedziała nam o historii tego miejsca, jego mieszkańcach i eksponatach, które podziwialiśmy. Przed wieloma laty pałac został zniszczony, a następnie odbudowany. Nie wiele pamiątek zostało z czasów jego początków. To co podziwialiśmy wczoraj, czyli meble, obrazy, porcelana, zostały wypożyczone ze zbiorów Muzeum w Ostrawie i Brnie. Zwiedzanie pałacu zajęło nam godzinę i piętnaście minut. 

Pałac w Kuninie powstał w latach 1726 - 1734 dla hrabiny Marii Eleonory Harrachov. Pani przewodnik wspominała, że pałacu mieszkała też rodzina Bauerów. To właśnie na nich się skupiała. Nie do końca wszystko zrozumieliśmy, ale skojarzyliśmy, że w pałacu mieszkała hrabina, która uwielbiała słodycze. Podobno tak się roztyła, że nie miała siły chodzić. Ponieważ do kościoła było blisko, to stwierdziła, że wybuduje sobie łącznik pomiędzy pałacem, a kościołem. Pozostał on do dziś, ale drzwi zostały zamurowane. Obecnie pozostała atrapa. 

Ogólnie jest to miejsce godne polecenia i na pewno zobaczycie tu wiele ciekawych eksponatów. Nie żałujemy, że tutaj przyjechaliśmy. Na pamiątkę kupiliśmy sobie magnes w cenie 30 koron. 

Valašské Meziříčí

Przed godziną 13:00 opuściliśmy Kunin i udaliśmy się do miasta o nazwie Valašské Meziříčí. Droga zajęła nam około 30 minut. Samochód zaparkowaliśmy na bezpłatnym parkingu w centrum miasta. Minęliśmy rzekę i od razu udaliśmy się w kierunku rynku. Po drodze mijaliśmy kilka kolorowych kamienic. Na rynku zobaczyliśmy kilkanaście kamienic, które naszym zdaniem są godne obejrzenia. Ogólnie rynek nie jest zamknięty dla ruchu samochodowego. Sam rynek nie jest wyremontowany. Szkoda, bo stary beton nieco go oszpecił. Naszym zdaniem miasto powinno lepiej zadbać o wyeksponowanie kamienic. Blisko rynku znajduje się zabytkowa budowla, w której mieści się 
Kulturní zařízení města Valašského Meziříčí. Warto również zwrócić uwagę na kościół pod wezwaniem Marii Panny. Co prawda jego wnętrze było niedostępne dla zwiedzających, ale do budynku przylega wnęka, gdzie znajduje się inscenizacja sceny religijnej. Jakiej? Tego nie wiemy, bo jak wiecie nie jesteśmy religijni. I na tym zakończyliśmy zwiedzanie tego miasta. Myślę, że zajęło nam to około godziny.

Hostašovice,

W tej niewielkiej wsi na trasie Valašské Meziříčí - Novy Jiczyn, znajduje się gospoda należąca do Aleny Tvarůžková. Miejsce to może nie jest do końca czyste, ani schludne, ale za to bardzo dobrze karmią. Prawdopodobnie obsługiwał nas właściciel, który dobrze rozumie po polsku. Zaproponował nam kiełbaskę z grilla z pieczonym boczkiem, chlebem, ogórkiem, tartym chrzanem, musztardą i kapustą. Byliśmy na tyle głodni, że się skusiliśmy. Jedzenie było pyszne. Kiełbasa jak i boczek pochodziły z lokalnej ubojni mięsa. Wszystko było zrobione z naturalnych produktów bez dodatków chemii. Po kiełbasce w ogóle mnie się nie odbijało, a po polskiej często mi się to zdarza. Za porcję zapłaciliśmy 140 koron.

W pewnym momencie dosiadł się do nas lokalny góral. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski od razu sobie przypomniał czasy, kiedy na Morawach nadawała telewizja Katowice. Do dziś Czesi śmieją się z Seksmisji jak i czterech pancernych i psa. Dowiedzieliśmy się także, że ogólnie Czesi nie uczą się języka polskiego. Polaków doskonale rozumie się w rejonie Ostrawy, Nowego Jiczynu, Zlina, ale już w pozostałej części kraju, nasza mowa jest zupełnie obca. Nasi sąsiedzi mają też mieszane uczucia do Słowaków. Góral uważał, że oba języki są sobie obce, że często nie idzie się zrozumieć, no i oba narody mają inną kulturę. Nasz rozmówca wspomniał, że wschodnia część Słowacji jest bardzo biedna i zacofana. Ogólnie życie u Słowaków jest cięższe. Jeżeli chodzi o Niemców, to Czesi nienawidzą tego narodu. Góral przypomniał sobie czasy Oświęcimia i powiedział, że ma nadzieję, iż nigdy nie dojdzie do podobnej tragedii. Bardzo współczuł Polakom przeżycia II wojny światowej. Hitler też chciał zniszczyć Czechów, ale jemu się to nie udało. Ogólnie w Czechach nie ma chęci do współpracy z Niemcami. Oni sami niechętnie do nich jeżdżą. Fajnie jest porozmawiać z lokalną społecznością. Od mieszkańców danego regionu można się dowiedzieć najwięcej informacji na temat narodu, czy lokalnych tradycji. 

Novy Jicin 

Do Novego Jicina dojechaliśmy około godziny 15:00. Samochód zaparkowaliśmy przed domem handlowym, na wprost straży pożarnej. Stąd jest blisko na rynek. Miasto to, nie jest nam obce. Zwiedzaliśmy je rok temu. Tak naprawdę przyjechaliśmy tutaj do cyrku. Mając jednak trochę czasu udaliśmy się na rynek. Odbywała się tam jakaś impreza dla seniorów. Piosenki, które słuchaliśmy były bardzo nudne. Stwierdziliśmy, że to nie dla nas i poszliśmy na spacer po miasteczku. 1 maja sklepy na mieście są zamknięte, natomiast centra handlowe, markety są czynne. Nie udało nam się trafić do pałacu, przechodziliśmy obok pomnika galopującego konia. Novy Jicin jest godny uwagi, ale za drugim razem, kiedy zna się każdy zakamarek, to miasto już nie robi większego wrażenia. Jednym słowem jest to to miasto na jeden raz. Obok parkingu zaczepił nas Rom oferując kartę pamięci w cenie 30 koron. Nie kupiliśmy jej. Prawdopodobnie chłopak ją ukradł. Przed wizytą w cyrku pojechaliśmy jeszcze do Kauflandu. Kupiliśmy naszą ulubioną wodę smakową Mattoni. O godzinie 17:00 byliśmy już w cyrku. Jednak relację ze spektaklu napiszę w osobnym poście. Do domu dotarliśmy przed północą. Z wycieczki jesteśmy zadowoleni, pogoda dopisała. 

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są w linkach poniżej. 
Pałac Kunin, kliknij TUTAJ.
Valašské Meziříčí, kliknij TUTAJ
Novy Jiczyn, kliknij TUTAJ

30 kwietnia 2019

Grzegorz Stalmach - rozmowa o górach - wywiad - kwiecień 2019

Fot" Grzegorz Stalmach


Ostatnio było o Gorcach, Pieninach i Beskidzie, to dzisiaj proponuję Tatry. Moim kolejnym gościem jest Grzegorz Stalmach. O najwyższych szczytach Polski i Słowacji mógłby rozmawiać godzinami. Czytając wywiad dowiecie się jakich wpadek należy unikać podczas górskich wędrówek, w co powinniśmy być wyposażeni i jak ubrani idąc w góry, oraz czy łatwiej jest wspinać się na szczyty, czy z nich schodzić. Życzę przyjemnej lektury :)

IFR – Skąd w Tobie tak duże zamiłowanie do gór?

Grzegorz Stalmach –
Chyba stąd, że to zbiór wszystkiego co potrzebuję. Cisza, piękne widoki, natura i możliwość cudownego zmęczenia z nutką adrenaliny.

IFR – Preferujesz zdobywanie wielkich szczytów, czy potrafisz zadowolić się także niskimi wzniesieniami?

Grzegorz Stalmach – Hmmm, to nie kwestia wysokości, a dostępności. Lubię te wysokie szczyty bo tam po prostu nie ma ludzi.. Jestem ja i natura. W niższych partiach mimo malowniczych klimatów po prostu jest "miejski gwar".

IFR – Jako mieszkaniec Śląska zapewne znasz dobrze Beskidy. Które szlaki są ci najbliższe i dlaczego?

Grzegorz Stalmach – Tutaj chyba Magurka Radziechowska - skalne wypustki na których można usiąść i obserwować otoczenie.

IFR – Przed nami majówka. Które trasy w Beskidzie Śląskim mógłbyś polecić początkującym zdobywcom gór?

Grzegorz Stalmach –
Doradztwo to zawsze trudna sprawa, bo ciężko trafić w gust, kondycję itp. ale Stożek, Klimczok czy Barania Góra to wycieczki gdzie można śmiało zabrać najmłodszych i spędzić świetnie cały dzień w górskim klimacie.

Cały wywiad dostępny jest w opcji czytaj więcej.


28 kwietnia 2019

Łukasz Błaszkowski - turysta górski - wywiad - kwiecień 2019.

Tatry zimą. Fot: Łukasz Błaszkowski

O Łukaszu Błaszkowskim zapewne jeszcze nie słyszeliście. Ten młody człowiek nie prowadzi znanego Bloga, ani nie udziela się zbytnio w internecie. Tak naprawdę poznaliśmy się przypadkiem. Instagram podpowiedział mi, bym zaczął obserwować Łukasza. Przejrzałem jego zdjecia i uznałem, że ten chłopak ma zapewne dużo do powiedzenia, w kwestii gór. Nie myliłem się. Zaproponowałem wywiad, a teraz widzicie efekt końcowy naszej pracy. Mam nadzieję, że poświęcicie kilka minut na przeczytanie naszej rozmowy. Dowiecie się m.in. o najciekawszych miejscach w Gorcach, poznacie tamtejsze przysmaki, a także wyobraźnią zajrzycie na Słowenię. Miłej lektury :)

IFR – Na swoim koncie masz już zdobyte szczyty Tatr, Beskidu Żywieckiego, Beskidu Sądeckiego, Pienin, Bieszczadów i Gorc. O tych ostatnich mówisz, że to Twoje ulubione pasmo górskie, do którego lubisz wracać. Dlaczego?

Łukasz Błaszkowski – Gorce, a dokładniej Bacówka na Maciejowej, były początkiem mojej przygody z górami. Jest w tym Paśmie coś sielankowego… Bo o ile Tatry i góry wysokie, to głównie realizacja ambicji i „ zdobywczych” założeń, o tyle Gorce, to dla mnie miejsce odpoczynku i uspokojenia myśli. Piękne miejsce do spacerowania, które można wybrać w zasadzie w każdych warunkach pogodowych.

IFR – Jakie szlaki przeszedłeś już w Gorcach?

Łukasz Błaszkowski – Na Turbacz wszedłem już właściwie od każdej możliwej strony. Gorce to malutkie góry, dlatego wystarczy kilka wyjazdów, by przejść je całe po szlakach. Przyszłej zimy mam cichy plan, żeby spróbować nart biegowych i spróbować przemieszczania się w Gocach ten sposób.

IFR – Który szlak uznałbyś za najciekawszy i dlaczego?

Łukasz Błaszkowski –
Zdecydowanie numerem jeden jest fragment GSB z Rabki-Zdrój na Turbacz. Idziemy pięknym, graniowym szlakiem, przez malowniczy las, a w oddali maluje nam się pełna panorama Tatr (oczywiście przy ładnej pogodzie J). Szlak może mocno uczęszczany, ale zdecydowanie godny polecenia, dla osób chcących spokojnie pospacerować w otoczeniu pięknej przyrody. Całość ma ponad 16 km, jednak po drodze mamy, aż trzy schroniska i cudowne widoki. Dodatkowo warto przejść się kawałek dalej za Turbacz, aż na Halę Długą, skąd rozpościera się przepiękny widok na Tatry, Podhale i Pieniny.

Cały wywiad dostępny jest w opcji czytaj więcej.

27 kwietnia 2019

Relacja z wizyty w cyrku Bernes - Karvina - kwiecień 2019.

Cirkus Bernes. Fot: Erwin 
Jak już wspomniałem wcześniej, celem mojej czwartkowej wycieczki do Karviny, był stacjonujący tam Cyrk Benres. Należy on do rodziny Berousek. Na mieście widziałem bardzo dużo plansz PCV, promujących widowisko. Myślę, że każdy mieszkaniec Karviny wie, że w jego mieście stacjonują cyrkowcy. W sklepach na próżno szukać ulotek. W Czechach mało kto decyduje się na taką formę reklamy.

Cyrkowcy rozbili swój namiot na placu przy Zespole Szkół Cihelni. Na czwartkowy spektakl, który odbył się o godzinie 17:30, przyszło około 45 osób. Mimo małego zainteresowania, program odbył się zgodnie z planem. Ponieważ przerwa nie była długa, to spektakl zakończył się 20 minut przed czasem. Za bilet zapłaciłem 220 koron czeskich. Tegoroczne show przedstawia się następująco:

Część 1
Wstęp do programu 
Ekwilibrystyka na niskiej linie poziomej 
Żonglerka maczugami, piłkami i ogniem 
Repryza komiczna - balans z wiaderkiem pełnym wody 
Ekwilibrystyka na krzesłach 
Repryza - akrobata 
Pokaz kóz i małpy 
Repryza komiczna z udziałem publiczności 
Pokaz duży i mały (koń i kucyk)
Pokaz koni 

Podczas przerwy można zwiedzić cyrkowe ZOO, skorzystać z darmowych toalet, przejechać się na kucyku. Dodatkowo w bufecie kupicie słodycze, słone przekąsi, napoje i wiele innych. 

Część 2
Pokaz wielbłądów jedno i dwugarbnych 
Pokaz lamy 
Pokaz kucyka i małpy
Repryza komiczna - strzał w balona 
Ekwilibrystyka na wałkach 
Repryza komiczna - siłacz 
Antypody - żonglerka nogami 
Taniec lalek nanajskich 
Repryza komiczna - iluzjonista
Gimnastyka na trapezie waszyngtońskim 
Zakończenie spektaklu z udziałem tylko i wyłącznie klauna 

W cyrkowym ZOO mieszkają strusie nandu, lamy, wielbłądy, konie, kozy, kuce i małpy

Wszystkie prezentowane pokazy mi się podobały. Według mnie nie ma tutaj słabych punktów. Oczywiście nie wszystko było idealne. Denerwowała mnie muzyka, a dokładniej to, że prawie nie było jej słychać. Nie wiem dlaczego tak cicho grali. Może dlatego, że wokół cyrku stały domy mieszkalne i cyrkowcy nie chcieli zagłuszać spokoju okolicznych mieszkańców? Mimo tych niedogodności muzyka bardzo mi się podobała. Wszystkie kawałki były typowo cyrkowe. Zresztą do tej pory kilka melodii nucę sobie w głowie.

Podpisałem się również pod petycją, której celem jest zachowanie tradycji cyrku ze zwierzętami. Mam nadzieję, że czescy politycy nie przegłosują ustawy o zakazie występów zwierząt w cyrkach. Z tego co słyszałem, taki zakaz rzekomo ma wejść w życie od września, na Słowacji.

Jeżeli uważnie śledzicie mój Blog, to zapewne wiecie, że ostatni raz w cyrku Bernes byłem jesienią ubiegłego roku. Wówczas cyrkowcy stacjonowali w Pradze. Nie myślałem, że tak szybko tutaj wrócę. Lubię ten cyrk, dlatego chętnie tutaj bywam.

Wracając do programu chciałbym przypomnieć, że najmocniejszym numerem jest trapez waszyngtoński. Mógłbym non stop na niego się patrzeć i zapewne ciągle byłoby mi mało. Często go sobie przypominam oglądając filmik na YouTube. Ten sam artysta prezentuje ekwilibrystykę na krzesłach. Muszę przyznać, że wszystkie numery znam już na pamięć i mimo to w ogóle mi się nie nudzą. Mam nadzieję, że za rok ponownie wrócę do tego cyrku. .

Cyrk Bernes pozostanie w Karwinie do niedzieli. Następnym miastem na ich trasie będzie Ostrawa.

Zdjęcia mojego autorstwa znajdziecie TUTAJ.

Relacja z wycieczki do Karviny - kwiecień 2019.

Karvina. Fot: Erwin
W miony czwartek wybrałem się na wycieczkę do czeskiej Karviny. Na początku GPS mi szwankował i zamiast wskazać drogę do centrum handlowego, to wywiózł mnie do Albrechtic. Stwierdziłem, że zapytam miejscowych o drogę. Jak się później okazało byłem tak blisko rynku jak i galerii. Plus całej tej sytuacji był taki, że widziałem kopalnię węgla Stonava. Ostatnio o niej było głośno, a to za sprawą wybuchu, o którym mówiono w mediach.

Samochód zaparkowałem na parkingu centrum handlowego Korso. Znajdziecie tam dyskont spożywczy jak i hipermarket Albert. Stąd jest blisko na tak zwane "stare miasto", które jest dosyć ubogie w zabytki. Mimo to, bardzo spodobał mi się rynek i jego okolice. Masarykovo Namiesti, bo o nim mowa jest centralnym punktem spotkań mieszkańców miasta. Ludzie tutaj przychodzą na obiad, lody, czy piwo. Chętnie odpoczywają na ławeczkach korzystając z wiosennych promieni słońca. Przy rynku znajdziecie zabytkowy kościół rzymskokatolicki. Nie jest on zamknięty przed turystami. Możecie do niego wejść i robić zdjęcia. W sąsiedztwie kościoła znajduje się Pałac Frysztat. Zobaczycie w nim eksponaty wnętrz zabytkowych, zbiory czeskiej sztuki z XIX wieku. Do pałacu przylega 36 hektarowy park, który jest ulubionym miejscem wypoczynku lokalnej społeczności. Spacerowicze mogą skorzystać z placu zabaw, nakarmić zwierzęta z zagrody (kozy, daniele). Od czasu do czasu, w amfiteatrze odbywają się festyny oraz koncerty. Warto również zwrócić uwagę na pomnik prezydenta Tomasa Masaryka. Znajdziecie go na rynku przy trawniku. W okresie monarchii habsburskiej, w tym miejscu stał pomnik cesarzowej Marii Teresy.

Na rynku znajduje się Restauracja "U Stare Radnice". Tuż przy jej wejściu możecie kupić lody na gałki. Próbowałem i są naprawdę dobre. Za jedną porcję zapłacicie 15 koron.

Zrobiłem sobie spacer po tak zwanym "starym mieście" i parku zamkowym. Zauważyłem, że po pracy Czesi nigdzie się nie spieszą. Popołudnia spędzają na ławce w parku, w kawiarniach, czy w lokalach, gdzie serwuje się piwo. Wieczorem trudno jest znaleźć wolny stolik. Nikogo nie widziałem wpatrzonego w telefon. Ogólnie ludzie się uśmiechali, rozmawiali, byli zajęci pielęgnowaniem relacji międzyludzkich. Szkoda, że w Polsce naród ciągle gdzieś się spieszy i na nic nie ma czasu.

Popołudniu udałem się do centrum handlowego. Kupiłem sobie moją ulubioną wodę mineralną Mattoni.

Tak naprawdę do Karviny nie przyjechałem dlatego, żeby ją zwiedzić. Doskonale wiedziałem, że na zbyt wiele nie mogę tutaj liczyć. Powodem mojej wycieczki był stacjonujący w tym mieście cyrk. Relację z występów przeczytacie w kolejnym poście.

Mimo wszystko cieszę się, że tutaj przyjechałem.. Myślę, że warto poświęcić godzinę lub dwie na zwiedzanie miasta. W końcu piękno rynku i jego okolic powinno was zauroczyć.

Wieczorem żal było wracać do Polski, ale pocieszam się tym, że niebawem znowu tutaj wrócę.

Zdjęcia mojego autorstwa znajdziecie TUTAJ.

22 kwietnia 2019

Grzegorz Rybka - bloger, podróżnik - wywiad - kwieceń 2019

Fot: Grzegorz Rybka

Moim kolejnym gościem jest podróżnik, Bloger - Grzegorz Rybka. Tematem naszej rozmowy będą Góry Świętokrzyskie, Beskid Żywiecki, Bieszczady, Słowacja, Azja. Ponadto dowiecie się w jakim maratonie pieszym w najbliższym czasie weźmie Grzegorz. Zdradzę wam tylko, że na jego przejście będzie miał zaledwie 22 godziny. Życzę przyjemnej lektury. 

IFR – Można powiedzieć, że wywodzisz się z rodziny podróżników. Rodzice zabierali Ciebie na wycieczki organizowane przez ich zakład pracy, dziadek przez związek pszczelarzy, chrzestna poprzez opowieści. Czym dokładniej rodzina Ciebie zainspirowała to pielęgnacji waszej tradycji do podróżowania?

Grzegorz Rybka – Podróżników, to może za dużo powiedziane, bardziej osób ciekawych świata. Myślę, że po każdej z tych osób odziedziczyłem zainteresowanie czymś innym. Z rodzicami jeździłem po Polsce, były to kilkudniowe wyjazdy, podczas których zwiedzaliśmy jakiś region lub miasto. Z dziadkiem bardzo często jeździłem w miejsca niepopularne, a chrzestna opowiadała mi o podróżach zagranicznych. Stąd u mnie na blogu można przeczytać o tym wszystkim. Są również góry, w które od małego chodziłem z rodziną nie tylko po szlakach, ale również na grzyby, borówki i maliny.

IFR – Twoja babcia zawsze powtarzała „tego co zobaczysz, nikt nigdy ci nie zabierze”. Często wspominasz miejsca, które udało ci się już zobaczyć?

Grzegorz Rybka – Bardzo często wracam pamięcią do miejsc, które odwiedziłem. Gdybyś miał mi powiedzieć, co pamiętasz z ubiegłego roku, co by to było? W moim przypadku właśnie podróże.

IFR – Gdyby ktoś ci powiedział daje ci milion złotych za nic, ale nie możesz podróżować. Przyjąłbyś te pieniądze?

Grzegorz Rybka – Nie! Pieniądze to nie wszystko. Nie wyobrażam sobie życia bez możliwości wyjścia w góry lub zwiedzenia nowego miejsca.

Cały wywiad dostępny jest w opcji czytaj więcej.


20 kwietnia 2019

Relacja z wycieczki do ZOO Leśne Zacisze - Lisów - kwiecień 2019.

Pieski preriowe. Fot: Erwin
Korzystając z ładnej pogody wybraliśmy się z Łukaszem do ZOO Leśne Zacisze. Przed świętami ruch był mały, dlatego nikt nam nie przeszkadzał w delektowaniu się pięknem przyrody. Nasza trasa zwiedzania była taka sama jak poprzednio. Od ostatniej wizyty, w październiku trochę się zmieniło. Na ukończeniu jest już nowa kasa biletowa. Teraz zwiedzający nie wejdą już do ogrodu na gapę. Przy kasie zawisły nowe tablice informacyjne, oraz mapa. Klienci będą mogli kupić bilety w dwóch okienkach. Ponadto będzie możliwość zakupu pamiątek. Kolejną zmianą jest wybieg walabii Benetta. Te przesympatyczne torbacze zamieszkały obok strusi emu. Prawdopodobnie właściciele chcą stworzyć wybieg dla zwierząt Australii, dlatego próbują poznać oba te gatunki zwierząt ze sobą. Stary wybieg walabii stoi pusty. Zlikwidowano również wybieg dla kóz, obok wolier dla małp. Prawdopodobnie miejsce to posłuży innym zwierzakom. Ukończono już budowę domku dla nowych lokatorów. Kozy zostały przeniesione na dawny wybieg osłów, przy głównej alei. W nowej części ZOO zamieszkały antylopy garna. Stado składa się z samca i dwóch samic. Nowych lokatorów doczekał się osioł Poitou. Teraz dzieli swój wybieg z nowo przybyłą do Zacisza lamą i dwoma gwanako. Dwa gwanako pozostały również na starym wybiegu, obok muflonów.

Spore zmiany zaszły w sąsiedztwie domu dla lwów. Zlikwidowano dwa wybiegi, które kiedyś zamieszkiwały kozy, świnka miniaturowa, oraz gęsi. Obecnie jest to wolna przestrzeń. Jednak pewien fragment posłużył jako nowa alejka wokół wolier dla małych ssaków. Wybieg dla lwów robi ogromne wrażenie. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na pięknie pomalowane ściany. Jak zawsze Magda stanęła na wysokości zadania. Kociaki, o których mówi teraz cała Polska są bardzo słodkie. Samiec ma charakter i nie lubi się nudzić, natomiast lwica uwielbia słodkie lenistwo. Przed wyjściem z ogrodu zamieszkały gęsi. Według mnie jest to nowy gatunek, którego w Zaciszu jeszcze nie widziałem. Do nowości zalicza się również czajki srokate.

Przy niektórych wybiegach pojawiły się nowe tablice informacyjne. Według mnie są czytelne, tekst jest konkretny i na pewno przykują uwagę gości.

W Leśnym Zaciszu urodziła się antylopa nilgau, owca somalijska, owca św. Jakuba. Nie zobaczymy już skunksów.

Leśne Zacisze zmienia się z każdym sezonem. Zapewne podczas naszej następnej wizyty dostrzeżemy kolejne nowości. Warto tutaj przyjechać i miło spędzić czas z rodziną. Najbliższa okazja do odwiedzin ZOO to niedziela i poniedziałek Wielkanocny. Jeżeli macie już inne plany, to przyjedźcie tutaj na długi weekend majowy. Na pewno będzie to dobrze zagospodarowany czas.

Państwu Zawadzkim dziękujemy za kolejną udaną wizytę :)

Zdjęcia mojego autorstwa dostępne są TUTAJ.

14 kwietnia 2019

Paweł Gluza - zdobywca afrykańskiego świata - wywiad - kwiecień 2019

Fot: Paweł Gluza

Zadając pytania mojemu kolejnemu rozmówcy, zastanawiałem się czy nie popełniłem gdzieś jakiegoś błędu. Pytania pisałem w dość ekstremalnych warunkach. Komputer najpierw nie chciał mi otworzyć stron do Blogów Pawła, a następnie w telefonie trudno mi się było odnaleźć. Na szczęście wszystko wyszło fajnie. Paweł, na pewno was zainspiruje do bliższego poznania Afryki, zwłaszcza, że pozostawił po sobie wiele znaków zapytania. Życzę wam przyjemnej lektury. 

IFR – Cześć, jestem Paweł Gluza i podróżuję odkąd pamiętam. Czyli od kiedy?

Paweł Gluza – Pochodzę z rodziny nauczycieli geografii i podróże były w moim życiu od zawsze. Wychowałem się wśród map, globusów i książek podróżniczych. Niestety początkowo wyprawy były tylko “palcem po mapie” jednak z czasem zacząłem jeździć coraz dalej. Na początku po Polsce, autostopem czy pociągiem (uwielbiam pociągi), z czasem rosły moje możliwości finansowe i mogłem sobie pozwolić na dalsze wypady. Pierwszy raz leciałem samolotem jak miałem 25 lat.

IFR – Opowiesz nam o swojej pierwszej wyprawie?

Paweł Gluza – Moją pierwszą prawdziwą wyprawą była podróż do Gambii. Miałem 27 lat, pracowałem wtedy w Londynie i mogłem pozwolić sobie już na wypad poza Europę. Wraz z kolegami z pracy (pracowałem w restauracji) zdecydowaliśmy się pojechać gdzieś razem. Poszliśmy do biura podróży i powiedzieliśmy - proszę nam coś zaproponować. Zaproponowano nam Gambię. Pamiętam, że cały wyjazd kosztował 280 funtów. Bardzo mało. Gambia była wtedy na jakiejś promocji.

Cały wywiad dostępny jest w opcji czytaj więcej.